23/02/2023
Dziś zrywam plasterek i pierwszy raz oficjalnie piszę o tym co wpływa na to
jaką jestem matką,
jak bardzo jest trudno kiedy mi źle
i dlaczego tak mocno muszę się skupiać na sobie, choć tak bardzo chcę się skupiać na dzieciach.
Depresję mam od kiedy pamiętam. Samozdiagnozowałam się jeszcze za Mieszka I ;-)
Epizodów depresyjnych miałam sporo. Gdy do nich wracam pamięcią wciąż dokładnie czuję to co wtedy i myślę słowa, które wtedy myślałam.
Śmierć przywoływałam wiele razy, choć nigdy nie umiałam zrobić sobie czegoś na poważnie.
Kiedy zrozumiałam, że nawet w tym jestem słaba, te śmiertelne myśli przybrały formę błagań (rzucanych w odchłań) o siłę by jednak to zrobić, a z czasem o to by zdarzył się jakiś wypadek, ewentualnie bym straciła świadomość i stało się to “mimo mnie”.
Po urodzeniu dzieci doszły jeszcze fantazje o tym by np. rzucić córką o podłogę gdy prawie odgryzła mi sutka.
Wciąga mnie ta czarna odchłań i poczucie totalnej samotności oraz beznadziei od naprawdę dawna. Zawsze wtedy uważam, że moim bliskim będzie łatwiej żyć beze mnie, a świat nawet nie zauważy.
Mam świadomość ich straty, ale jestem wtedy przekonana, że szybko przeboleją i będzie im dużo lżej beze mnie niż ze mną w ich życiu.
Bo to o lekkość się u mnie rozbija. Ciężar życia, braku zrozumienia mnie przytłacza.
Życie powinno być lżejsze.
Nigdy się nie leczyłam. Do czasu.
Słowo depresja padało nie raz, ale zawsze inni zbywali moje objawy.
Nie raz uważano, że przesadzam albo wręcz manipuluję grając tą kartą.
Aż przyszedł lockdown.
Dwa tygodnie po urodzeniu Ma, dwa miesiące po rozpoczęciu przedszkola przez He i Ja
Ogarniałam.
Latałam pod sufitem ogarniając połóg, niemowlaka, edukację dzieci, a do tego jeszcze w maju dorzuciłam intensywne odchudzanie po ciążach.
I nawet nie zauważałam jak staczam się w tę odchłań.
Aż nie mogłam nic zrobić.
Wpadłam w stan, w którym nikt nie mógł mi pomóc (albo nie chciał… nie wiem… prosiłam, ale może nie umiał?)
Zostało mi w tym dość umiejętności by umówic psychiatrę online i poprosić o tabletki.
Dostałam najlżejsze na rynku, bo karmiłam i nie zamierzałam odstawiać.
Wtedy też poprosiłam o pomoc - za radą lekarki - żeby mi te tabletki wydzielać, żebym nie wzięła wszystkich na raz.
Na pomoc nie miałam co liczyć. Musiałam sama.
Na szczęście dałam radę.
Na szczęście też w tym czasie trafiłam na Wysoką Wrażliwość i zaczęłam rozumieć, że wcale nie jestem ani nienormalna ani psychiczna.
Tabletki brałam prawie rok.
W tym czasie korzystałam też ze wsparcia psycholożki, zrobiłam mnóstwo pracy sama ze sobą, z coachką biznesową, sporo warsztatów, superwizji.
Zaczęłam stawiać granice.
Zaczęłam komunikować co mi przeszkadza lub co nie jest prawdą, jaka jestem.
Zaczęłam mówić bliskim, że się mylą a ja się nie zgadzam, czego chcę lub nie chcę.
Czy czuję większe zrozumienie? Nie. Ale już mnie to tak nie boli.
Zrzuciłam mur żalu wokół mnie i odkryłam, że wcale mnie nie chronił.
Dziś znów jestem w epizodzie. Nie biorę leków.
Ale nie mówię, że nie wezmę.
Na razie obserwuję siebie.
Widziałam te wyobrażenia o wypadku w drodze do domu (przedwczoraj), widziałam te o zaciśniętym na szyi kablu (w sobotę), widziałam te o tym jak lżej byłoby dzieciom gdyby zostały bez mamy (w niedzielę).
Lżej bo objaw depresji, który można u mnie zobaczyć gołym okiem to wkurw.
Jestem drażliwa, odpalam się w ułamkach sekund. Wrzeszczę na dzieci. Trzaskam rzeczami. Czepiam się. Szarpię. Jestem agresywna.
I ch*j wtedy strzela całą wiedzę o dzieciach, całe rodzicielstwo bliskości…
A Oni się boją.
Mam jednak wielką broń: to umiejętność samoobserwacji.
Przez ostatnie dwa lata przekułam to co popchnęło mnie w stronę depresji w moją najmocniejszą broń.
To mój radar.
Kiedyś radar na emocje innych. Jak zaszczuty pies węszący zagrożeń i szans (choć to drugie to epizodycznie..)
Teraz radar, który nastawiam na siebie.
Od urodzenia ten radar był nastawiony na wszystko poza mną (wiem, bo traumy z niemowlęctwa też przepracowywałam).
Taką miałam rodzinę. Musiałam tak żyć.
Nie winię i nie oskarżam (to nie wina mamy czy taty, a sprawa rodowa).
Wręcz jestem dziś wdzięczna: empatia, wrażliwość i elastyczność to moje największe moce.
Przekuwam je na wsparcie.
Zaczęłam wierzyć sobie zamiast w siebie wątpić.
Poznaję siebie, trenuję uważność.
Jestem dla siebie łagodna i pełna zrozumienia.
Wiem, że jestem silna. Wiem, że mam niesamowite talenty.
Wiem, że już całkiem niedługo dotrę w miejsce, w którym będzie mi dobrze.
Codziennie biorę ODPOWIEDZIALNOŚĆ i je buduję.
Buduję siebie.