15/08/2026
🐙KONSTELACJA GROZY: SPACZENI LOVECRAFTEM – PRZEDSPRZEDAŻ TRWA!!!
Fragmenty antologii część 2
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XII. Kamil Radoń „Azathoth 6”
Stanęłam na metalowej rampie, patrząc na rozciągającą się przede mną pustynię. Zdawała się nieskończona. Nijaka szarość rozlewała się aż po horyzont, zwały piachu i pyłu migotały w świetle obcego słońca. Wszystko wydawało się tak bardzo obce…
– Rusz się! – ostry głos wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam się zaskoczona. Tuż za mną stał starszy mężczyzna. Nosił podniszczony kombinezon roboczy, a na jego twarzy wypisane były ślady przeszłości, o którą chyba lepiej było nie pytać. Odsunęłam się, a on bez słowa wyminął mnie i udał się w stronę niskiej budowli widocznej na horyzoncie. Budynek bardziej przypominał bunkier niż miejsce pracy. Był niski, przysadzisty, zbudowany ze wzmocnionego veluxiarnego betonu. Mogłam się tylko domyślać, że większość jego wnętrza, ciągnie się głęboko pod powierzchnią.
Podeszłam ostrożnie do wejścia. Leki trzymały mnie w ryzach, ale nie mogły całkowicie zagłuszyć mojego niepokoju. Grube, stalowe drzwi otworzyły się z głośnym sykiem. W środku powitało mnie lodowate światło jarzeniówek. Pomieszczenie wydawało się ciasne, niemal klaustrofobiczne, z białymi ścianami, na których widniały czarne oznaczenia i napisy ostrzegawcze. „PRANIE DEKONTAMINACYJNE OBOWIĄZKOWE!”, „ZDEJMIJ SPRZĘT WEDŁUG WYTYCZNYCH!”. Na wprost znajdowały się drzwi prowadzące do głównej części bazy, ale teraz były szczelnie zamknięte. Z głośników rozległ się sztuczny, pozbawiony emocji głos systemu:
– PROCEDURA DEKONTAMINACJI ROZPOCZNIE SIĘ ZA PIĘĆ MINUT. PROSZĘ PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO DEZYNFEKCJI.
Zaczęłam rozpinać zamek skafandra, czując, jak drżą mi dłonie. Zdejmowanie go wymagało precyzji. Odbyłam wczesne przeszkolenie na Ziemi i pamiętałam, że zbyt gwałtowny ruch mógł sprawić, że drobinki pyłu uniosą się w powietrzu. Zdjęłam górną część skafandra i odłożyłam ją ostrożnie na specjalny stojak dezynfekcyjny. Pod cienką warstwą bielizny ochronnej czułam, jak moje ciało zaczyna drżeć od zimna.
– WSZYSTKO – rozbrzmiał suchy, beznamiętny głos systemu przez głośniki. – PROSZĘ ZDJĄĆ CAŁY SPRZĘT OCHRONNY, W TYM HEŁM, I POZOSTAĆ W SAMEJ MASCE FILTRUJĄCEJ.
Nie miałam wyboru. Wiedziałam, że odmowa oznaczałaby problemy. Powoli zdjęłam hełm, następnie ściągnęłam dolną część skafandra, aż w końcu zostałam całkowicie naga, z wyjątkiem cienkiej maski na twarzy.
– PROSZĘ PRZEJŚĆ DO KABINY DEZYNFEKCYJNEJ.
Rozbrzmiał krótki sygnał, a ja posłusznie weszłam do jednego z ciasnych boksów, przypominających trumnę. Drzwi zamknęły się za mną z cichym świstem. Wewnątrz panowała głucha cisza, a jedyne światło pochodziło od delikatnie pulsujących diod w podłodze i suficie.
Zamknęłam oczy.
– ROZPOCZYNAM PROCES DEKONTAMINACJI. PROSZĘ NIE WSTRZYMYWAĆ ODDECHU.
Najpierw poczułam lodowaty podmuch powietrza, a po chwili nieprzyjemnie zimna mgiełka o ostrym zapachu, wypełniła całą kabinę. Oblepiła mnie z każdej strony. Odruchowo chciałam wstrzymać oddech, ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie ostrzeżenie systemu. Oddychałam więc płytko, czując na języku kwaśny, nieprzyjemny posmak. Zamknęłam oczy, próbując zignorować pieczenie. Skupiałam się na regularnym oddychaniu.
– PROCES DEKONTAMINACJI ZAKOŃCZONY. TWOJE RZECZY BĘDĄ CZEKAŁY W TWOJEJ KWATERZE. ŻYCZYMY MIŁEGO POBYTU. PAMIĘTAJ, JESTEŚ DLA NAS WAŻNY.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XIII. Małgorzata Sanchez „Głębion”
Dwa lata później zaczęło ubywać ryb w jeziorze. Wieśniacy narzekali, mnie oskarżali o praktykowanie czarnej magii i rzucanie klątw. Nie baczyłem na to. Myślałem sobie wtedy: „Zaczęli gadać, to kiedyś gadać przestaną”.
Nie przestali, a kiedy zaczęli ginąć ludzie, niechęć miejscowych wobec mojej osoby wezbrała do granicy buntu. Najpierw znikały dzieci, wkrótce dorośli. Z początku sporadycznie, ale potem już było tak, że co kto poszedł nad jezioro, to nie wracał. W końcu przyciągnęli pod pałac z widłami, domagając się konfrontacji.
Wyśmiałem ich. Ani myślałem tłumaczyć się wieśniakom. Po kilku dniach jednak zacząłem upatrywać w tym szansę na pojednanie i skonfrontowanie ich z własnymi uprzedzeniami. Tak, pragnąłem świętego spokoju, ale chciałem wygrać ten osobliwy bój, uświadomić im, jak mało wiedzą o świecie, jak mało rozumieją i że do mnie, człowieka uczonego, należałoby przyjść po radę, zamiast obrzucać oszczerstwami. Każdy człowiek nosi w sobie odrobinę próżności, a moja próżność niedopieszczana latami upomniała się wtedy o swoje.
Rozmówiliśmy się z wójtem, a ja obiecałem zająć się sprawą. Na drugi dzień w obstawie Jana i Dewida udałem się nad jezioro, we wskazane przez wieśniaków miejsce. Był to czas intensywnych deszczy, dlatego idąc, grzęźliśmy w błotnistej mazi. Wydalała z siebie specyficzne opary, podobne do smrodu gnijącego mięsa, ale z domieszką jakiejś nieziemskiej słodyczy. Towarzyszył nam leniwy plusk wody i szum trzcin.
Zastaliśmy usypany z ludzkich czaszek stożek i kości ułożone na brzegu jak wzór na dywanie. Jan i Dewid sięgnęli po szable, ja stałem nieruchomo, przytłoczony obrazem, za którym stał ogrom ludzkiego cierpienia. Czułem, że pozornie chaotycznym wzorem rządził jakiś porządek, choć mój wstrząśnięty umysł nie potrafił wychwycić zastosowanej reguły. Postanowiliśmy natychmiast się wycofać. Sprawa wymagała zaangażowania hrabiego, nas trzech niewiele mogło zdziałać.
Jan krzyknął. Patrzył na coś, w krzakach pod stertą gałęzi. Zbliżyłem się i ujrzałem to, co on: ludzkie skóry jeszcze nienoszące śladów rozkładu. Cofnąłem się, ponagliłem Dewida, który szedł kilka kroków za mną.
Tafla jeziora zafalowała. Z głębi jak bicze strzeliły macki, oplotły ciało Dewida i przyciągnęły na brzeg. Wrzask nieszczęśnika przeszył mnie na wskroś. Jan rzucił się do ucieczki, a z wody wynurzyła się jeszcze jedna macka, grubsza i zakończona przyssawką wielkości ludzkiej dłoni. Dewid miotał się i wierzgał. Macka wślizgnęła się do jego gardła, stwór rozpoczął przerażający akt konsumpcji. Kurczyła się i rozprężała, przesuwając w ten sposób wyssane wnętrzności. W tym momencie instynkt przetrwania wziął górę nad paraliżującym przerażeniem. Zacząłem biec w kierunku lasu. Nim zrobiłem dziesięć kroków, macka owinęła się wokół mojej łydki i ściągnęła mnie z powrotem na brzeg. Druga zacisnęła się wokół pasa, trzecia unieruchomiła ręce. Wrzeszczałem jak Dewid. Tylko to mogłem zrobić.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XIV. Marek Pietrachowicz „Czyhający w ciemnościach”
„Ciekawy początek” – pomyślał Robert, zapalając latarnię – „ale noc jest jeszcze młoda, wiele się może wydarzyć. W każdym razie doktor Jaspers spędzał tę noc samotnie w obserwatorium, przy nieczynnym w zasadzie teleskopie”. – Pewna myśl nie dawała spokoju młodemu detektywowi. – „Czyżby istniał jakiś związek pomiędzy praktyką rozpalania ognia w Samhain, aby odegnać Złego, a pożarem, wywołanym rzekomo przez doktora?” – Pytanie pozostawało bez odpowiedzi.
Przemykając alejką pośród nienagannie przyciętych krzewów, Robert Mortimer znalazł się wkrótce u stóp schodów prowadzących do czerwonego ceglastego budynku z kamienną podmurówką oraz białą galeryjką i kopułą pierwszego piętra. Obserwatorium musiało prezentować się naprawdę elegancko i poważnie we właściwym oświetleniu, jednak obecnie zarówno światła w oknach, jak i latarnie od frontu pozostawały zgaszone i wszystkie szczegóły budowli zlewały się w jednorodną, mroczną sylwetkę odcinającą się niewyraźnie na tle nieba. Firmament nabrał intensywnej barwy kobaltu z rozmazaną plamą morelowej żółci na horyzoncie, blednącej prędko i dogasającej. Rozpoczynał się zmierzch astronomiczny, co oznaczało pojawienie się na niebie pierwszych gwiazd.
Nie naruszając żółtej taśmy policyjnej, rozpiętej niedbale pomiędzy barierkami schodów, młodzieniec w meloniku stanął u drzwi i z namaszczeniem przekręcił klucz w zamku. Ostrożnie rozejrzawszy się dookoła, wniknął w szczelinę drzwi i cicho zamknął je za sobą. W środku pachniało trochę jak w kościele albo w muzeum zastałym zapachem starego drewna oraz wonią wosku do polerowania posadzek. Mortimer zaryzykował odsłonięcie klapki w swojej latarence i wpuścił do wnętrza trochę światła.
Stolik z obrusem, parę szaf, półka z książkami i płytami fotograficznymi, chodzący dość głośno zegar wahadłowy i kasetka z kluczami przy wieszaku na płaszcze stanowiły całe wyposażenie holu. Jeden płaszcz nadal spoczywał na wieszaku. Detektyw przeszukał jego kieszenie, ale odkrył w nich tylko nieświeże j***o na twardo.
– Doktor wybiegł w takim pośpiechu, że nie pomyślał nawet o włożeniu płaszcza, i to podczas chłodnej mżawki – odnotował młodzieniec. – Nie powrócił już także więcej do pracy, a więc był w pełni świadom wagi dokonanego czynu albo kabały, w którą się wplątał. Szafka gospodarcza jest otwarta, nie wiem, czy przez policję, czy kogokolwiek innego. O mój Boże, to poważne: ktoś zabrał stąd jeden z kanistrów oleju do lamp naftowych. Wrabiają go, czy on może naprawdę...
Drobina rdzy ze spodu kanistra, którą Robert odnalazł tuż przy drzwiach wejściowych, na progu z zewnątrz budynku, sugerowała, że olej został stąd wyniesiony w pojedynkę. Gdyby bowiem posiadacz kanistra miał wspólnika, nie musiałby odstawiać naczynia, aby wydobyć klucze z kieszeni i zamknąć wrota. To zgadzało się z zeznaniem świadka w sądzie – przypadkowego przechodnia tamtej nocy – który twierdził, iż zauważył szczupłego mężczyznę spieszącego w dół Cape Street bez kaptura ani parasolki, za to obciążonego jakimś bagażem.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XV. Marek Pietrachowicz „Kamienna budowla na bagnach”
Burton nie powinien był zakochać się w Indiance i oddawać jej swojej duszy. Nie powinien też naruszać starodawnej budowli na Bagnie Moskitów, nawet jeśli była jedynym źródłem dobrego kamienia. Trzeba ją było pozostawić in situ, jak nakazywał przekazywany z pokolenia na pokolenie niepisany zwyczaj tutejszych farmerów. Nawet jeśli potrzeba była tak paląca, a cel tak słuszny, jak ocalenie jedynej głębinowej studni przed przeciekaniem i definitywnym wyschnięciem.
Dlaczego nie wyprowadzili się wszyscy z tych zawilgłych, zaparowanych bagnisk, gdzie zbierała się trująca woda, które podtrzymywały nienaturalnie obfitą populację moskitów i wszelkiego bzyczącego robactwa? Czemu nie wynieśli się z tej przeklętej wyspy? Czemu nie odpłynęli do Wood's Hole, dopóki jeszcze mogli?
Powód jest oczywisty – to była ich ziemia, to był ich dom. Nawadniali ręcznie swoje poletka kukurydzy, ziemniaków i fasoli wodą dobywaną z głębiny skał i nawozili je wodorostami zbieranymi niestrudzenie na skalistych plażach. Ich pradziadowie uprawiali tu nawet winogrona. Zanim jeszcze strzelby kolonistów nie zamilkły z braku prochu, polowali na kuropatwy. Z każdym monotonnym dniem i z każdą kroplą potu przywiązywali się coraz bardziej do tego niewdzięcznego miejsca. Nie kochali go, a nawet je przeklinali. Ale to było jedyne miejsce, o którym mogli powiedzieć, że to ich ziemia – tu mogą czuć się wolni i samorządni.
Nawet starodawne kamienne ruiny, których pochodzenia nie znał nikt, stojące pośród grzęzawiska, zanim jeszcze pojawił się biały człowiek, czwarte pokolenie przybyszy traktowało jak część własnej historii i folkloru. Można zaryzykować stwierdzenie, że były dla nich powodem do dumy, niezależnie od tego, jak pierwotny i niezrozumiały budziły w nich lęk. Nigdy nie zdołali opanować języka, którym napisane były niepokojące inskrypcje na murach – niezbyt biegle posługiwali się nawet własnym pismem – choć z czasem niejedno tajemnicze słowo przeniknęło do ich hermetycznej wyspiarskiej mowy. Usiłowali na prywatny użytek sprawiać wrażenie, że oto oswoili ową dziwną budowlę i stanęli po tej samej stronie, co ich nieznani budowniczy, że zdołali ich w ten sposób przebłagać i udobruchać.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XVI. Mariusz Olejniczak „O czym śpiewa słowik?”
Chrobotanie do drzwi wejściowych. Postukiwanie w szybę okna. Szept. Szmer.
– Świat już nie jest taki sam.
Otworzyłem oczy. Nasłuchiwałem.
Szept nie ustawał. Świtało. Na parapecie siedział różowo-brązowy malec. Stukał o szybę. Dzióbek otwierał się bardzo szybko. Tak, jakby nie śpiewał, a mówił.
– Jeśli nic z tym nie zrobisz, nie dogonisz czasu.
Uklęknąłem na podłodze. Wpatrywałem się w skrzydlate maleństwo.
– Nie jesteś prawdziwy.
– Tak uważasz?
– Nie możesz być.
– Nie mogę? – głowa ptaszka się obróciła. – A jednak ze mną rozmawiasz.
Miał rację. Rozmawiałem z gadającym ptakiem. A może to był tylko sen?
Zamknąłem oczy i potrząsnąłem głową. Wstałem i podszedłem do okna. Dopiero wtedy ośmieliłem się przez nie wyjrzeć. Słowika nie-słowika już nie było. Siedział na czubku klonu i melorecytował swoją pieśń.
– Wszystko w porządku – pokiwałem z uznaniem głową. Zmarszczyłem czoło – to tylko sen, mój drogi panie Alfredzie.
Chwyciłem kubek po kawie, który poprzedniego dnia zapomniałem umyć. Skrzywiłem się na widok zielonej gąbki, która pokryła się resztką fusów.
– Obrzydliwość. Muszę przestać tak bardzo grzać w kominku – mózg, bez dawki kofeiny, żartował sobie ze mnie.
Usiadłem na werandzie z kubkiem aromatycznej kawy. Zastanawiałem się, co robiłem poprzedniego dnia. I nie mogłem sobie przypomnieć. Uznałem to za mało istotne. Projekt był ważniejszy. Wszystkie siły skupiłem na pracy. Jedna przerwa na mały posiłek, druga przerwa na kolejną dawkę kofeiny. Owoce narzuconego sobie reżimu, jeden po drugim, lądowały na optymistycznym stosie. Nie było niczego poza mną, nie było dźwięków, szmerów i szeptów. Tylko pustka i wrażenie władzy nad światem. Wieczorem odłożyłem trzynasty arkusz, podpisałem go i z zadowoleniem odebrałem nagrodę w postaci kolejnej butli wina. Nie zastanawiało mnie to, że w tak krótkim czasie, w zaledwie kilka dni, opróżniłem do dna niemal cały zapas tego szlachetnego trunku. Ani to, że praca poszła tak sprawnie. Czułem moc. Rozpierała mnie energia. Byłem jak jeden z Wielkich Przedwiecznych, wszechwiedzący Yog-Sothoth, bohater opowieści Samotnika z Providence. Byłem władcą Nowej Anglii, Samotnikiem z Bostonu.
– Jestem nieśmiertelny Alfredzie Radlewsky – krzyknąłem w euforii.
– Mały, nędzny, plugawy człowiecze – usłyszałem w odpowiedzi swój własny głos. Nie miałem wątpliwości, że należy do mnie, choć brzmiał tak bardzo obco – szwankuje ci umysł.
Zaśmiałem się histerycznie.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XVII. Michał P. Lipka „Gęsta woda”
Przeszli obok szopy, przy której płynął wąski strumyczek, przedostali się przez dziurę w ogrodzeniu i piaskową drogą, śladem substancji płynącej spokojnie niemal prostą stróżką. „Woda” była jeszcze czysta, więc wszystko wskazywało na to, że jej źródło musiało znajdować się blisko. Coś tak gęstawego i lepkiego, choć śliskiego zarazem – Szczur doskonale czuł w swoich butach wszystkie te rzeczy naraz, zabrakło tylko przyjemnego ciepła – gdyby nadpłynęło tu z daleka, zagęściłoby się jeszcze bardziej od piasku i śmieci. Co prawda ziemia wciąż była zmarznięta, ale i tak widzieli samotne źdźbła trawy płynące z nurtem, jakby były włosami, więc gdyby źródło było daleko, znalazłoby się tam ich zdecydowanie więcej.
Nie rozmawiali wiele, po prostu szli, oddychając wiosennym powietrzem, co chwila pachnącym inaczej; roślinami, dymem, wodą, to znów czymś bliżej nieokreślonym, ale dziwnie zwierzęcym. Czy znajdowali się w słońcu, czy w cieniu, temperatura powietrza potrafiła drastycznie się wahać, sprawiając, że raz chcieli zrzucić z siebie warstwę ubioru, a raz, że najchętniej zarzuciliby na siebie coś więcej.
Piaskowa dróżka przeszła w utwardzoną nawierzchnię, po której gęsta woda płynęła wyraźniejszym strumyczkiem, ale źródła nadal nie było widać. Mijali nieliczne podwórka, w większości niemal puste, jakby życie jeszcze tu nie dotarło i rozglądali się, szukając swojego celu, ale nie znajdowali nic, co mogłoby sugerować pochodzenie „wody”. A strumyk, w którego górę nurtu szli mali pionierzy odkrywający nowy świat, płynął przed siebie niewzruszenie.
Dotarli w końcu do nowo wybudowanych ogródków działkowych, na których zieleń jeszcze nie zaczęła się pysznić i szli dalej, patrząc jak gęsta woda, pachnąca jak coś, co wodę tylko udaje albo z wodą jedynie się kojarzy, lawiruje między ogrodzeniami i drzewkami owocowymi, które teraz wyglądały jedynie, jak trupy siebie samych. I wędrowali przed siebie, nie widząc początku ani końca, ale nadal wcale nie mniej ciekawi, skąd wypływa „woda”. I skąd właściwie się bierze.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XVIII. Michał P. Lipka „Holokaust”
Na dworze zapanowała noc, ale wielkie, świetliste, kłębiące się kształty przysłaniające cały widzialny z ziemi kosmos, sprawiały, że noc nigdy już nie będzie naprawdę czarna. Wyszedł z klasy. Przeszedł korytarzem, minął toalety, zza których drzwi słychać było jęki, jak jęki kogoś pijanego – jakiejś zamężnej kobiety i żonatego faceta, którzy pod wpływem chwili i alkoholu mogli znów poczuć się wolni i niezależni – uprawiającego seks. Zszedł na parter, potem wyszedł na dwór i odetchnął świeżym powietrzem. Po zaduchu klasy, wdychanych aromatach ciał i wódki, przetrawionego z jedzeniem alkoholu wydychanego przez ludzi, których kiedyś znał, ale już dawno nie poznawał, poczuł się, jakby chłód nocy go otrzeźwiał, chociaż sam nie wypił nawet kieliszka.
Noc była pogodna, widna, spokojna. Całkiem ładna noc na samobójstwo.
Nigdy nie zależało mu na życiu, ale chciał, żeby śmierć miała jakieś znaczenie. Lepszego znaczenia od tego, jakie dawało mu to miejsce, nie znalazł. Nie miał za kogo umrzeć. Nie miał celu w życiu ani śmierci. Tu przynajmniej, gdzie w swoim życiu tej śmierci był najbliżej, kiedy ponad ćwierć wieku temu zaginął Pędzel – ktoś wciąż pamiętał, chociaż jego pseudonim, może więc i ktoś wspomni kiedyś słowo po dzisiejszym samobójcy – umieranie wydawało się mieć jakąś namiastkę sensu. A przynajmniej sprawiało wrażenie pasującego do tych murów. Pewnie nie będzie taką sensacją jak Pędzel. Stanie się wzmianką w gazecie, a nie ciągiem gorączkowych artykułów, może chwilę o nim poplotkują, ale nie zależało mu na sławie. Gdzieś tam ludzie pili i żalili się na swoje żywota. Za jego plecami ktoś w toalecie uprawiał seks albo po seksie się wycierał. Ktoś inny jadł resztki jakichś owoców czy warzyw a może grzybów, wyjmowane widelcem z czegoś, co nie do końca przypominało ocet, ani też zalewę do kiszenia. A on szedł przez teren szkoły, w kierunku ciemnego, pustego boiska otoczonego betonowym ogrodzeniem.
Tylko raz był w szkole nocą.
Przed laty, na dwa lata przed maturą, dzieciak jeszcze, choć już nie dzieciak, dał się, jak wszyscy, zafascynować sprawą zaginięcia ucznia. Chłopak wszedł do szkoły, był na jednej lekcji, potem nikt go już nie widział. Nauczyciele sprawdzili zapis z kamer monitoringu przy każdym z wyjść – nie wyszedł ze szkoły. Gdyby nawet jakimś cudem wyskoczył przez okno – gdyby obszedł zabezpieczenia pozwalające uchylić, ale nie otworzyć szkolne okna, czego, jak udowodniono, nie zrobił – kamery na placu zarejestrowałyby, jak zmierza w stronę wyjścia ze szkoły. Nie mógł wejść na dach, bo jedyna droga prowadziła przez klapę na ostatnim piętrze, a ta była zamknięta na solidną kłódkę. Na wszelki wypadek ówczesny nauczyciel historii i WOS-u sprawdził dach, ale niczego nie znalazł.
Pędzel nie mógł wyjść ze szkoły ani w niej zniknąć. Nie mógł pojawić się na boisku i przedrzeć się przez nie w kierunku łąk za ogrodzeniem ani tym bardziej zagajnika, przechodzącego w dali w las, który wyrastał na wzniesieniu od zachodu, bo i te obszary były monitorowane.
A jednak zniknął.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XIX. Norbert Góra „Ostatni z odważnych”
– Mówię ci, karczmarzu – szeptał wtedy, niesamowicie czkając – że dziwne czasy nastały. Coś przyciągnęło do tego miasteczka siły nad wyraz niezrozumiałe. Co jeszcze bardziej zaskakujące, upodobały sobie tutejsze jezioro. Będąc nad jego brzegiem, czuje się kłopoty jak świński fetor.
Miałem okazję przysłuchiwać się ich rozmowie i pomyślałem, że „dętka po jednym kuflu”, tak nazwałem podchmielonego jegomościa, musi być jakimś gryzipiórkiem. Istniały dwie możliwości – albo wymyśla te banialuki na potrzeby lokalnych piśmideł, albo wtłacza je w książki i potem publikuje. Jedno należało mu jednak oddać. Posługiwał się dosyć wysublimowanym słownictwem. Chciałem się nawet odezwać, ale dałem sobie spokój. Wtrącanie się w rozmowy obcych ludzi, zwłaszcza u Dunphry’a, uchodziło za absolutny brak kultury, a kto jak kto, ale ja na pewno nie legitymowałem się takim zachowaniem.
– Po jednej pincie takie kocopoły wygadujesz? Nie masz nawet co liczyć, że naleję ci choćby kroplę więcej – wypalił właściciel karczmy.
Nieznajomy nie wyglądał na zaskoczonego jego słowami. Odstawił szkło na ladę nieco zachlapaną alkoholem, wzruszył ramionami, pociągnął nosem i udał się do wyjścia. Nikt już potem nie widział tego łysiejącego człowieka o głęboko osadzonych brązowych oczach i niechlujnym rudym zaroście, odzianego w sprany, zielonkawy płaszcz. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie zbieg okoliczności. Otóż raptem dwa czy trzy dni później Dunphry nie pojawił się już w karczmie o godzinie, o której zawsze otwierał swój lokal. Usłyszałem, że widziano go w drodze nad jezioro. Tam wszystkie ślady po nim zniknęły.
To oczywiście było wodą na młyn dla lokalnych piewców plotek. Ktoś w końcu powiązał zaginięcie karczmarza z wizytą w mieście rudobrodego mężczyzny. Ludzie skrzyknęli się i zaczęli poszukiwania.
Rozglądano się nie tylko za Dunphry’em, ale także za nieznajomym. Fakt, iż żaden z mieszkańców miasteczka nie kojarzył go – nawet ci, którzy często przebywali poza tutejszymi okolicami – utwierdzał nas wszystkich w przekonaniu, że mógł to być przypadkowy gość. Ostatecznie poszukiwania zawieszono. Nie tylko ze względu na ich bezowocność, ale głównie z powodu kolejnych zaginięć. Mężczyźni zaangażowani w akcję mającą na celu odnalezienie karczmarza sami zaczynali rozpływać się w powietrzu. Coraz bardziej czułem się za to odpowiedzialny.
Do ciężkiego licha, przecież to ja zachęcałem ich do kontynuowania poszukiwań. Nocami, przesiadując przy oknie, zastanawiałem się, czy te zagadkowe zaginięcia faktycznie miały cokolwiek wspólnego z jeziorem i słowami rudobrodego nieznajomego: „coś przyciągnęło do tego miasteczka siły nad wyraz niezrozumiałe. Co jeszcze bardziej zaskakujące, upodobały sobie tutejsze jezioro”.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XX. Oskar Kamiński „W mroźnej kniei”
Pracowaliśmy, póki słońce nie zaczęło powoli chować się za horyzontem, a drzewa rzuciły długie cienie na śnieżne pola. Praca na końcu bożego świata to dobra rzecz – pozwala żyć. Tutaj, na północy, kto się nie rusza, ten umiera. Tu nawet kropla wody, w mgnieniu oka zamienia się w odłamek lodu.
Drewno, które obrabialiśmy, miało posłużyć do budowy kolei łączącej daleką północ z portami bałtyckimi. Praca była ciężka, a mróz przenikał nas na wskroś, lecz wizja zakończenia dnia dodawała sił. Kiedy Dimitr dał sygnał na fajrant, wszyscy zaczęliśmy się zbierać. Narzędzia trafiły na wozy, a rozmowy powoli wracały do zwykłych żartów i narzekań.
Wtedy, zza drzew wyłoniła się grupa Selkupów. Ten lud, który jako pierwszy osiedlił się na tych niegościnnych ziemiach, był owiany tajemnicą. Z jakiegoś powodu uznali te surowe krainy za swój dom, przynosząc ze sobą pradawne wierzenia i mity, które wśród nas budziły zarówno fascynację, jak i lęk.
Selkupowie ubrani byli głównie w futra i skóry, starannie zszyte na miarę ich potrzeb. Niektórzy dzierżyli łuki, inni włócznie o ostrzach z kości i kamienia. Każdy z nich miał przy pasie nóż lub toporek, co tylko podkreślało surowy, wojowniczy charakter. W ciszy patrzyli na nas, oceniając.
Największy z nich, rosły mężczyzna o ostrych rysach twarzy, zrobił krok naprzód. Jego spojrzenie było zimne i przeszywające, a każdy jego ruch zdawał się budzić w nas jeszcze większe napięcie. Na jego jeden krok, kilku drwali instynktownie cofnęło się o dwa. Atmosfera zgęstniała.
Dimitr, najstarszy i najbardziej doświadczony z nas, wyszedł mu naprzeciw. Uniósł rękę w geście pojednania, mówiąc spokojnie: – Nie szukamy zwady.
Jeden z Selkupów krzyknął coś w ich języku. Brzmiało to ostro i wrogo. Rosły mężczyzna odpowiedział mu równie gniewnym tonem, a następnie zwrócił się do Dimitra, wyraźnie wskazując, że mamy zapłacić za korzystanie z ich ziemi i natychmiast się stąd wynosić. Dimitr zaczął z nim rozmawiać, próbując załagodzić sytuację, lecz jego rozmówca coraz bardziej się irytował. Podniósł głos, wplatając w zdania słowa w swoim języku, co jeszcze bardziej podkreślało jego złość. Napięcie rosło z każdą chwilą. W powietrzu czuć było, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli.
Wtedy Piotr, który stał przy wozie z drewnem, zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Chwycił, leżący obok, gruby kij, zamachnął się i uderzył najbliższego Selkupa w głowę. Zaatakowany mężczyzna osunął się na ziemię, a Piotr, nie czekając na rozwój wydarzeń, rzucił się do ucieczki.
To był początek tragedii. Selkupowie zareagowali natychmiast – część z nich napięła łuki i wystrzeliła w kierunku uciekających, inni chwycili za włócznie i ruszyli do ataku. Wybuchł chaos. Jedni z naszych rzucili się do walki, inni, jak ja, szukali ratunku w ucieczce.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XXI. Przemysław Budziński „Ławica o smaku zagłady”
Gdy octopoda CV490820 wchodzi na głowę poławiacza, ten nieświadomy niebezpieczeństwa klepie ręką w jej kierunku spodziewając się natrętnego insekta. Gdy wyczuwa pod dłonią mackę, próbuje zerwać się na równe nogi. Octopoda reaguje błyskawicznie, nie pozostawiając mu żadnych szans. Messi 10 – twój los został przesądzony.
Octopoda CV490820 oplata swoimi ramionami czaszkę poławiacza i mocno przywiera do niego mackami, miażdżąc szyję. Ślina perli się poławiaczowi w kącikach ust, a octopoda zsuwa się w kierunku otworu gębowego. Ten próbuje nieudolnie ściągnąć ją z twarzy, ale im mocniej się stara, tym silniej octopoda przywiera do jego skóry. Na nic zdają się uderzenia pięścią w oślizgłe ciało. Octopoda po chwili wsuwa dwa najsilniejsze ramiona głęboko w usta poławiacza, a kolejnymi rozwiera jego szczęki, tak by nie mógł ugryźć.
Wy bezmackowi, nie macie tak ostrych zębów, jak drapieżne ryby, ale są wystarczająco ostre, by odgryźć ramię mniejszej octopody. Octopoda CV490820 jest przygotowana na to poświęcenie. Chce pionierskiej chwały. Jest równie próżna, jak bezmackowi, choć w waszym świecie jej zachowanie świadczy o odwadze.
Poławiacz nerwowo próbuje zaczerpnąć powietrza, ale ramiona ośmiornicy oplatają jego język. Tymczasem dwie kolejne octopody wślizgują się na pokład poduszkowca. Jedna owija się wokół nóg poławiacza, kolejna przy rękach tworząc mackami żywe kajdany.
Poławiacz wie, że obecność na jego ciele trzech ośmiornic nie jest dziełem przypadku. Jego źrenice się rozszerzają. Nie wierzy, że umrze z rąk, a raczej macek tak prymitywnego zwierzęcia. Równie bezsensownie mógłby zostać pożarty przez kamień albo trawę. Gdy próbuje wstać, mimo octopody oplątanej wokół kostek, chwieje się i traci równowagę, wypadając ze swojego poduszkowca. Gdy pochłaniają go morskie fale, już nie walczy. W wielkiej wodzie staje się jeszcze bardziej bezbronny, choć wielka woda żywiła go całe życie. Octopoda CV490820 pozostaje na ciele poławiacza, aż jego płuca wypełnią się słoną wodą i jeszcze chwilę potem, do czasu, aż nie wyczuje lekkiego zgrubienia na jego lewym przedramieniu. To Intrachip. Posiadają go wszyscy bezmackowi. Ma wielkość kilku milimetrów, jest wczepiany zaraz po urodzeniu, a przestaje działać dwa tygodnie po ustaniu funkcji życiowych użytkownika. Ponoć gdzieś na świecie istnieją wolni bezmackowi bez Intrachipów, ale to mit. Taki jak o ośmiornicach gotowych wciągnąć do głębin trójmasztowiec.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XXII. Szymon Ceglarski „Snycerz i jego bóg”
Eliasz Linde był rzemieślnikiem starego świata, jednym z ostatnich mistrzów snycerstwa, których dłonie potrafiły wydobyć duszę z martwego drewna. Jego warsztat mieścił się na obrzeżach Helu, małego nadmorskiego miasta na końcu Półwyspu Helskiego, którego mieszkańcy wciąż kultywowali dawne tradycje. Rzeźbił od lat, całe życie oddając sztuce, która powoli stawała się zapomniana. Jego dzieła zdobiły ołtarze, kościoły i domy możnych, ale nigdy nie czuł się spełniony. W każdej pracy dostrzegał niedoskonałość, coś, czego brakowało, choć nie potrafił nazwać tego słowami. Pewnej nocy, podczas sztormu, Eliasz znalazł na progu warsztatu kawał drewna, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Było gładkie, ciemne jak noc, a przy dotyku zdawało się ciepłe, jakby miało w sobie życie. Nie wiedział, skąd się tam wzięło – może wyrzuciło je morze, może przyniósł je wiatr od strony opuszczonych latarni. Choć rozsądek kazał mu je wyrzucić, jego dłonie same chwyciły dłuto. Nie zastanawiał się nad formą – pozwolił, by narzędzie prowadziło jego ruchy, a drewno samo zdradziło swoją tajemnicę. Przez wiele godzin, jak w transie, Eliasz rzeźbił. Nie pamiętał momentu, gdy zasnął przy warsztacie, a kiedy się obudził, figurka stała przed nim. Była mała, nie większa niż dziesięć centymetrów, ale jej kształt był... niesamowity. Patrząc na nią, widział coś innego z każdej perspektywy. Czasami wydawała się abstrakcyjnym, pulsującym kształtem, czasem przypominała wijące się ciała splecione w agonii, innym razem miała cechy ludzkie, ale wykrzywione w sposób, który przyprawiał go o mdłości. Była arcydziełem, ale też czymś... złym. Eliasz nie potrafił oderwać od niej wzroku.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XXIII. Zeter Zelke „Syreni śpiew”
Joanna jest niezastąpioną przewodniczką. Potrafi opowiadać tak wspaniale o Krakowie. Zwiedzaliśmy okoliczne klasztory, lasy, parki, Uniwersytet, teatr, wytworne restauracje, sklepy, wystawy. Znowu wędrowałem głównym rynkiem, podziwiałem Sukiennice. Tego mi brakowało. Oddychałem pełną piersią, a przynajmniej pełniejszą niż gdziekolwiek indziej kiedykolwiek wcześniej. Na moment zapomniałem, że Korona upadła.
Winienem dodać, iż pewna rzecz wydała mi się osobliwa w kraju: towarzyszył mi bowiem wszędy zapach morskiej wody. Nie przypominam sobie, aby wcześniej tak panoszył się po mieście. Zapytałem Cierczyńskich, czy coś się zmieniło, skąd ta oceaniczna nuta w powietrzu. Zdawało się jednak, że owa sensoryczna aberracja gnębiła jeno mnie. Niewykluczone – pomyślałem wtedy – iż londyńskie powietrze wypaczyło mój zmysł powonienia. Morska woda? W Krakowie? Niebywałe! Niemniej rychło miało się okazać, że to nie omamy, nie przypadek, a przeznaczenie.
Ostatecznie, po siedmiu dniach wędrówek po Starym Mieście, ów egzystencjalny smutek otrząsnął się z uśpienia. Ponownie popadłem w beznadzieję, przed którą uciekałem się do ojczystej ziemi. Winna mnie ochronić przed wiecznym opłakiwaniem Polski, przed wieczną żałobą, poczuciem ciągłej klęski. Lecz zmora przywlekła się za mną i tutaj. Znów odnalazłem siebie wyczerpanego, zapłakanego w środku nocy. Nie zasnąłbym chyba, gdyby nie ta woń słonych wód. W nocnej ciszy dodatkowo towarzyszył jej kojący szum przelewających się leniwie fal. Gdyby nie one, gdyby nie powidok spienionych zmarszczek na lekko wzburzonym bezkresie wielkiej wody, nigdy nie zaznałbym wytchnienia od łez.
Następny dzień szlajałem się po krakowskich alejach bez celu, niemal bez świadomości. Od popadnięcia w czarną rozpacz ratowała mnie zagadka aromatu soli w powietrzu. Wyławiałem uchem szum fal. Skąd on się brał? Pasował do Krakowa niby pięść do nosa.
Kiedy w końcu go zauważyłem, szedł obok mnie zapewne od dłuższego czasu. Przyciskał do ucha muszlę: sporawą, kremową, naznaczoną brązowymi cętkami; akurat mieściła się w męskiej dłoni. Mój nieoczekiwany kompan ożywił się, kiedy spostrzegł moje przebudzenie. Był średniego wzrostu, szczupłym młodzieńcem o lekko przydługich, jasnobrązowych włosach. Miły uśmiech, przyjemna fizys, ale jego oczy… niespokojne, jasnozielone. Bezustannie strzelał nimi na boki, jakby obawiał się rychłego ataku. Rozluźniał się, dopiero kiedy przytulał ucho do nakrapianej muszelki.
Spytałem go, kim jest. W odpowiedzi wskazał palcem ziemię, po jakiej stąpaliśmy. Kiedy spytałem, czy się zgubił, zaprzeczył ruchem głowy. A kiedy zapytałem, czego chce, miękkim i trochę nieśmiałym głosem odparł, że pragnąłby jeno odjąć mi trosk. Przy tym raz po raz wracał do swojej muszelki; urywał wypowiedź w pół słowa jakby zasłuchany w koncert dobywający się z trzewi przedmiotu.
🌊---👀---🫀---🧠---💀---🪼---🐋---🪐---☄️---🗿---📖
XXIV. Zuzanna Szymczak „Ostatni dźwięk przed otchłanią”
Opowieści mówią, że Kael'xahl można dostrzec jedynie podczas specjalnych rytuałów, które odbywają się co dwadzieścia lat w zapomnianej wiosce w Montanie, słynącej niegdyś z wydobycia srebra. Rytuały te są pełne bluźnierczych obrzędów – orgii, egzekucji i wymyślnych tortur, które mają przywołać ten koszmarny byt. Wierni kultu generują sekwencje dźwięków, które stopniowo narastają do ogłuszającego poziomu. Wyobraź sobie, że zbór taki trwa ponad tydzień, a jego uczestnicy, wszyscy powyżej piętnastego roku życia, biorą w nim udział przymusowo!
KONIEC
PREMIERA KONSTELACJI GROZY: SPACZONYCH LOVECRAFTEM 21.08.2026🔥