16/12/2025
Dlaczego rodzi się coraz mniej dzieci, i czemu to nie jest „wina kobiet”?
Jest taki tekst, który wraca jak bumerang, zwłaszcza gdy ktoś chce szybko zamknąć temat: „kobiety nie chcą mieć dzieci”. Brzmi jak prosta odpowiedź na skomplikowane pytanie. Tylko że to zdanie częściej bywa oskarżeniem niż diagnozą.
Bo prawda jest mniej wygodna, ale dużo bardziej życiowa: kobiety często chcą dzieci, tylko nie chcą wchodzić w rodzicielstwo, w którym zostają z nim w dużej części same, nawet jeśli formalnie są w związku.
Niewidzialna praca, czyli to, co „samo się robi”
Nie wiem, kto wymyślił, że rzeczy w domu z dzieckiem „same się robią”. Same się nie robią. One się robią czyimiś rękami, czyimś czasem, czyjąś głową.
Wstanie w nocy, i to nie raz.
Rozpoznanie, czy to ząb, głód, mokra pielucha, czy „po prostu potrzebuję mamy”.
Pilnowanie terminów szczepień, wizyt, zaleceń, recept, kolejnej butelki witaminy D.
Pamiętanie, że trzeba kupić pieluchy zanim skończą się pieluchy, kaszkę zanim skończy się kaszka.
Wychodzenie do lekarza, czekanie, tłumaczenie, opowiadanie historii choroby, i jeszcze udawanie spokojnej, bo dziecko czuje wszystko.
To jest praca. Tylko taka, której nie da się wpisać w grafik, nie da się jej „odhaczyć na gotowo”, i nikt za nią nie płaci.
Mój przykład, czyli „partner pracuje, więc ja…”
U mnie to wygląda jak u wielu rodzin, wcale nie dramatycznie, wcale nie „źle”.
To ja głównie wstaję w nocy, bo partner pracuje.
To ja odwiedzam lekarzy, bo partner jest w pracy.
To ja zostałam z dzieckiem w domu, bo po porodzie muszę leczyć się z depresji poporodowej.
I jasne, mój partner ogarnia. Sprząta, gotuje, czasem robi pranie. Widzę to, doceniam, uważam, że w naszym układzie jest sporo uczciwości.
Tylko że jednocześnie czuję coś, czego nie da się zagadać ani dobrym słowem, ani obiadem zrobionym przez partnera: dziecko jest bardziej „moją sprawą”, bo ja jestem w domu. W praktyce oznacza to, że ja częściej jestem „na pierwszej linii”, i ja częściej niosę tę ciągłą, codzienną odpowiedzialność.
I to nie jest post „na mojego faceta”. To jest post o tym, jak działa system i kultura, i jak łatwo nawet w dobrym związku wpaść w schemat: skoro ty jesteś w domu, to ty ogarniesz.
Polska „matka powinna”, czyli narracja, która robi swoje
W Polsce bardzo mocno siedzi przekonanie, że matka powinna być zawsze, robić wszystko, poświęcić karierę „dla dobra dziecka”, i jeszcze mieć w tym wszystkim wdzięk, spokój, cierpliwość, uśmiech.
A ojciec często bywa w opowieści jako ktoś, kto „pomaga”. Ja mam alergię na słowo „pomaga”, bo ono sugeruje, że dom i dziecko są czyjeś, a druga osoba jest tylko gościem od wsparcia.
I właśnie w takich warunkach pojawia się zmęczenie, którego nie da się przespać jedną drzemką.
Urlopy są, tylko w praktyce i tak często „wychodzi na kobietę”
Można mieć przepisy, można mieć urlopy, można mieć dobre intencje. Tylko jeśli w realnym życiu najczęściej to kobieta zostaje z dzieckiem na dłużej, to kobieta bierze zwolnienia, to kobieta wypada z rynku pracy, to kobieta traci finansowo i zawodowo, to kobieta, myśląc o kolejnym dziecku, myśli też o cenie, jaką znów zapłaci.
I tu wracamy do sedna: demografia przestaje być tematem o liczbach, a zaczyna być tematem o warunkach życia.
„Babcie nie chcą opiekować się wnukami”, i ja mam tu bardzo ważną myśl
Ostatnio przeczytałam artykuł o tym, że babcie nie chcą opiekować się swoimi wnukami, i że to też może wpływać na to, że rodzi się mniej dzieci. I powiem tak, rozumiem, skąd w ogóle bierze się ten wątek, bo wiele rodzin realnie opiera logistykę życia na „babcia pomoże”.
Tylko że ja nie chcę iść w narrację, że to babcie są problemem.
Bo jeśli społeczeństwo zakłada, że kiedy rodzi się dziecko, to automatycznie uruchamia się „darmowy etat opiekuńczy” w postaci babci, to jest to po prostu nie fair wobec babć. To znowu jest przerzucanie ciężaru opieki na kobiety, tylko że tym razem nie tylko na pokolenie kobiet, które teraz rodzą, ale też na ich mamy, czasem nawet na babki.
A przecież babcie to nie są „zasoby”. To są osoby, które mogą jeszcze pracować, mogą mieć własne zdrowie do ogarnięcia, własne życie, własne zmęczenie, własne plany, i mają pełne prawo powiedzieć: nie dam rady, nie chcę, nie mogę.
I teraz najważniejsze, jeśli rodzina nie ma wsparcia w partnerstwie, nie ma dostępnej opieki instytucjonalnej, nie ma elastyczności w pracy, to cała konstrukcja zaczyna się chwiać. Bo jeśli jedynym planem na ogarnięcie życia jest „babcia przejmie”, to wystarczy, że babcia nie może, i nagle okazuje się, że kolejnego dziecka „nie da się wcisnąć” w tę rzeczywistość.
To nie jest wina babć. To jest sygnał, że system i kultura wciąż liczą na to, że kobiety, w różnych pokoleniach, będą amortyzować wszystko własnym czasem i zdrowiem.
„Kobiety nie chcą dzieci”, a ja widzę, że one chcą, tylko inaczej
Ja widzę wokół siebie kobiety, które chcą dzieci. Tylko że one chcą dzieci z odpowiedzialnym partnerem, z realnym podziałem obowiązków, z kimś, kto nie znika mentalnie po pracy, z kimś, kto wstaje w nocy czasem dlatego, że też jest rodzicem, nie dlatego, że „pomaga”.
I trudno się dziwić. Jeśli macierzyństwo ma oznaczać samotność w duecie, i jeszcze dorzucenie do tego oczekiwania, że babcia ma to ratować, to coraz więcej kobiet mówi: nie teraz, nie w takich warunkach, nie kosztem siebie, i nie kosztem mojej mamy.
Na koniec, tak po ludzku
Ja kocham bycie mamą. Naprawdę. Ale jednocześnie wiem, jak wygląda codzienność, gdy to ty jesteś „na pierwszej linii”, bo jesteś w domu, bo jesteś tą osobą, która ma czas, bo to „logicznie” na ciebie spada.
Jeśli ktoś mnie pyta, dlaczego rodzi się mniej dzieci, to ja odpowiadam: bo coraz mniej osób chce wchodzić w rodzicielstwo w układzie, w którym koszty są nierówno rozłożone, i potem jeszcze ratuje to kolejne pokolenie kobiet, babcie, mamy, czasem prababcie.
Jeśli chcemy, żeby rodziło się więcej dzieci, to nie zaczynajmy od pytania „czemu kobiety nie rodzą”. Zacznijmy od pytania: jak sprawić, żeby rodzicielstwo było realnie wspólne, w parze, w rodzinie, i w systemie, bez domyślnego przerzucania wszystkiego na kobiety, w każdym wieku.