04/06/2026
„Magiczna tura”.
Kiedy moi polscy przyjaciele pojechali się wyspać przed porannym łowieniem, ja i Dani postanowiliśmy poświęcić kilka godzin snu i spróbować szczęścia jeszcze w jednym miejscu tego samego wieczoru. Nie mieliśmy żadnych oczekiwań. Chcieliśmy po prostu wykorzystać każdą możliwą minutę nad wodą.
Już samo dotarcie do miejscówki było przygodą. Żeby wejść do rzeki, musieliśmy dosłownie wykarczować sobie przejście przez zarośla. Wszystkie pstrągi żyjące w tym miejscu pochodzą z naturalnego tarła, a presja wędkarska jest praktycznie zerowa.
Przed nami znajdowała się rozległa płań. Przy brzegach była zbyt głęboka, żeby ją przejść, a na środku porośnięta gęstymi wodorostami sięgającymi wysoko ponad pas. Woda dochodziła nam do granic woderów. Przez około 10 metrów takiej podwodnej dżungli przedzieraliśmy się kilka minut, idąc praktycznie na samych palcach. Po drodze musieliśmy pokonywać powalone drzewa i kolejne ściany roślinności.
W pewnym momencie przechodziliśmy pod nisko zwisającą nad wodą gałęzią, kiedy nagle spod brzegu wyskoczył na nas wąż długości około 90 cm. Ku naszemu zdziwieniu nie próbował uciekać jak większość spotykanych gadów, tylko ruszył prosto w stronę Daniego. Problem polegał na tym, że moja wędka znajdowała się dokładnie pomiędzy nim a gałęzią. Chwilami bardziej martwiłem się o ukochaną 11' #5 niż o samego Daniego. Sorry Dani 🤣. To właśnie podczas wyciągania wędki spod tej gałęzi urwał mi się skoczek.
Po wejściu na szybszy nurt postanowiłem zamienić nimfy na streamera. Po wcześniejszych przygodach mój zestaw był już mocno osłabiony, ale jak to zwykle bywa, nie chciało mi się go przewiązywać. Chwilę później żyłka główna całkowicie się splątała. Uciąłem ją, a Dani w około 15–20 sekund odbudował zestaw szybkim węzłem, który od tego czasu zostanie w moim repertuarze węzłów na zawsze. Szczerze mówiąc, byłem już przekonany, że tego dnia nic szczególnego się nie wydarzy.
Kilka minut później, po pozornie przeciętnym rzucie, nastąpiło atomowe branie.
Ryba natychmiast skręciła i przepłynęła pomiędzy mną a Danim. Od pierwszych sekund wiedziałem, że jest duża, ale nie miałem pojęcia jak bardzo. Pierwszy odjazd miał około 70 metrów. Dawno nie widziałem tyle podkładu na przelotkach.
Na szczęście wcześniej szliśmy w górę rzeki i znałem trasę. Bez tego prawdopodobnie nie miałbym najmniejszych szans na wyholowanie tej ryby. Musiałem wracać przez powalone drzewa, ściany wodorostów i miejsca, gdzie do przelania się wody przez wodery brakowało może kilku centymetrów. Oczywiście dwa razy skończyło się kąpielą.
W pewnym momencie wydarzył się też scenariusz, którego obawia się każdy łowiący wśród gęstej roślinności. Żyłka zahaczyła o wodorosty i zamiast prowadzić do ryby zaczęła biec prosto w moją stronę. Pstrąg znajdował się już wtedy daleko po prawej stronie, a ja przez chwilę byłem przekonany, że to koniec. Uniosłem wędkę wysoko nad głowę i dosłownie cudem udało mi się wyrwać żyłkę z roślin. W jednej chwili odzyskałem kontakt z rybą.
Granica pomiędzy powierzchnią wody a gęstymi wodorostami wynosiła miejscami zaledwie 25–40 cm, dlatego podczas odjazdów ryba praktycznie cały czas wystawiała ogon nad wodę. Widok ogromnego pstrąga przecinającego zielone pola wodorostów zostanie ze mną na zawsze.
Kiedy ryba zaczęła zbliżać się do mnie, przypomniałem sobie o prowizorycznym połączeniu na głównej żyłce, które dosłownie kilka minut wcześniej zawiązał mi Dani Garcia. Po całkowitym splątaniu żyłki głównej Dani odbudował zestaw w około 15–20 sekund, żebyśmy mogli jak najszybciej wrócić do łowienia.
Podczas holu ten węzeł wielokrotnie przechodził przez przelotki. Do dziś nie mogę uwierzyć, że wytrzymał. Nie mam pojęcia, jak udało mi się wyholować tę rybę na fluorocarbonie 0,168 mm z tak szybko zawiązanym węzłem pośrodku zestawu.
Po około 10 minutach walki ryba była moja. Szczerze mówiąc, wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z jej wielkości. Dopiero gdy musiałem wrócić z nią tą samą drogą przez rzekę, poczułem jak ogromny był to pstrąg. Ryba była niesamowicie ciężka i swoim potężnym cielskiem dosłownie ciągnęła mnie w dół nurtu. Kiedy musiałem przenieść ją nad jednym z powalonych drzew, wiedziałem już, że nigdy wcześniej nie trzymałem w rękach tak ciężkiego pstrąga.
Wbudowana waga w podbieraku McLean kończy się na 6,5 kg.
Ta ryba przekroczyła jej zakres.
83 cm dzikiego Mediterranean trout. Zdjecie na miarce w komentarzu.
Ta jedna decyzja o poświęceniu kilku godzin snu dała mi najpiękniejszego Mediterranean trout w życiu.
Dzięki Dani Garcia za wspólną przygodę i jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu. Do zobaczenia następnym razem, przyjacielu.
Flyfishing_force
Bogdan Gawlik Fly Fishing