29/08/2026
Wiecie co… ostatnio coraz częściej myślę o tym, że te moje świece to jednak nie są tylko świece.
Oczywiście jest wosk, zapach, kolor, trochę złotego brokatu. Każdą robię ręcznie, każdą trzymam w dłoniach, obracam pojemniczek, żeby kolor ładnie rozszedł się po ściankach. Dobieram barwy do zapachów, pilnuję temperatury, proporcji, wszystkiego, co ma wpływ na końcowy efekt.
Ale chyba najważniejsze dzieje się później, kiedy siadam i myślę, co chciałabym na tej świecy napisać. Bo te słowa naprawdę nie biorą się znikąd.
„Zatrzymaj się”, „Posłuchaj siebie”, „Odpocznij”, „Uwolnij to, co już Ci nie służy”… To są rzeczy, których sama uczę się w życiu.
Jestem chyba w takim momencie, że coraz mniej chcę pędzić. Coraz mniej czuję, że muszę coś zdobywać, komuś coś udowadniać albo ciągle chcieć więcej. Dużo bardziej cieszy mnie spokój. Dobra rozmowa. Szczerość. Ludzie, przy których można być sobą. Umiejętność powiedzenia „nie”, kiedy coś mi nie służy. Zwykły dzień. Kawa. Śmiech. Świadomość, że nie trzeba czekać na jakieś wielkie „kiedyś”, żeby poczuć, że życie jest dobre.
I chyba najbardziej lubię w sobie teraz to, że czuję się pełna.
Nie idealna. Nie taka, która już wszystko wie. Po prostu pełna. Wdzięczna za to, co mam, za to, kim jestem i za te wszystkie lekcje, również te trudne.
Dlatego te moje małe świece idą sobie w świat z kawałkiem mnie.
Może ktoś ją zapali wieczorem, przeczyta te kilka słów i pomyśli: „właśnie tego dziś potrzebowałam”. Może czasem trafi do kogoś dokładnie wtedy, kiedy będzie mu potrzebne.
Żeby czasem się zatrzymać.
Żeby odpocząć.
Żeby posłuchać siebie.
Żeby umieć postawić granicę.
Żeby nie zapominać o sobie.
Żeby cieszyć się tym, co jest teraz.
I wtedy chyba będzie w tym wszystkim największy sens.