11/03/2026
Był taki czas w moim życiu, kiedy mieszkałam… w szkole. A konkretnie w szkolnej klasie.
Przy okazji nowych szafek kartotekowych przypomniała mi się ta historia, więc się nią z Wami podzielę — bo wiem, że lubicie to moje pisanie, Wy, którzy tu wpadacie.
Dla wielu z Was to pewnie brzmi dziwnie, ale to fragment mojego życia — nie traumatyczny, raczej osobliwy; i podejrzewam, że drugiej osoby, która mieszkała w szkole, prędko nie spotkacie (chyba że znacie moje siostry — wtedy chapeau bas).
Kryje się za tym w gruncie rzeczy nieskomplikowana historia. W oczekiwaniu na mieszkanie służbowe zaadaptowano nam klasę na mieszkanie. Pusta sala, do której zwieźliśmy swoje meble. Z meblościanek powstały ściany działowe, umowne granice prywatności. Architektura z konieczności.
Nomen omen, jedną z zalet mieszkania w szkole było to, że trudno było zaspać na pierwszą lekcję. Dzwonek szkolny obudziłby trupa. Ale to już inna historia.
Po lekcjach szkoła pustoszała i korytarze były nasze. Można było zjeżdżać po poręczy, włóczyć się bez celu, a na sali gimnastycznej robić nieprzyzwoitą liczbę fikołków na materacu.
Najbardziej lubiłam wakacje. Szkołę ogromną, pustą — i moją. Mama opiekowała się szkolną biblioteką. W wakacje pomagałam przy książkach: katalogowanie, ustawianie na półkach, oprawianie w szary pakunkowy papier. Klej, farba drukarska, kurz. Zapachy dzieciństwa. Dni — zwłaszcza te deszczowe — spędzone na wyszukiwaniu, porządkowaniu, ustawianiu na półkach. I czytaniu.
Biblioteka była ciemna. Wąska klitka zastawiona regałami, z oknem od północy. Światła wpadało niewiele, bo leszczyny sięgały pierwszego piętra i skutecznie odcinały świat zewnętrzny od królestwa książek. Szum deszczu w liściach, zapach burzy i cisza.
I szafki kartotekowe. Małe szufladki na fiszki, karty książek. Każda prowadziła do jakiejś historii — mały porządek świata zamknięty w drewnie. Kiedy później zobaczyłam Kingsajz, Szuflandia wydała mi się dziwnie znajoma — trochę jak bajka o świecie, w którym mieszkałam. Rząd małych szufladek, z których każda skrywa swój mikrokosmos.
Może dlatego mam do nich taką słabość. Lubię dotykać tego starego drewna i wyobrażać sobie ich drogę — ile fiszek przechowały, ile nazwisk, ile zapomnianych tytułów. Szlifuję je powoli, z troską, żeby dobrać się do słojów. Każdą szufladkę wykładam zielonym filcem — luksusem, którego pewnie nigdy wcześniej nie zaznały. I kiedy są gotowe, mam wrażenie, że to nadal Szuflandia. Tylko trochę bardziej osobista.