09/08/2026
Mam teorię, że za tę szafkę odpowiada budapeszteński lipiec.
Istnieje oczywiście wersja mniej pochlebna, według której odpowiada za nią mój brak asertywności, ale wolę mówić, że to upał.
Lipiec w Budapeszcie jest okrutny. Miasto rozgrzewa się rano i potem już właściwie nie stygnie. Kamienice oddają nocą to, co zebrały za dnia, asfalt paruje, powietrze stoi, a polski organizm, ewolucyjnie przygotowany raczej na listopadową mżawkę, zaczyna podejmować decyzje, których przy dwudziestu dwóch stopniach nigdy by nie podjął.
Ja na przykład pojechałam do handlarza starzyzną po komplet szafek nocnych.
Wróciłam z
- kompletem szafek nocnych.
- sześcioma pufami.
- komodą biedermeierowską.
- fotelem.
- czterema obrazami – trzema słomkowymi i botaniczną ryciną z irysami.
- kakadu wyrzeźbioną z balsy.
- czterema wazonami.
- trzema talerzami.
- i szafką, której nie potrzebowałam.
Możliwe więc, że zrzucanie wszystkiego na klimat jest pewnym nadużyciem. Handlarz miał jednak tę szczególną umiejętność, która odróżnia dobrego sprzedawcę od zwykłego człowieka posiadającego dużo starych przedmiotów: nie pytał, czy czegoś potrzebuję.Po prostu pokazywał mi kolejną rzecz, którą najwyraźniej powinnam mieć.
— A tę szafkę? Weźmie pani. Special price for you! Lengyel, magyar – két jó barát!
W grę wchodziła już zatem nie tylko szafka, ale również tysiąc lat przyjaźni polsko-węgierskiej. Trudno brać na siebie odpowiedzialność za jej zerwanie.
Rozsądny człowiek powiedziałby: nie, dziękuję.
Ja zapytałam:
— Ile?
I tak za 10 tysięcy forintów zostałam właścicielką IKEA EDLAND.
Że nazywa się EDLAND i pochodzi z jednej z ciekawszych starych serii IKEA, przekonałam się później. Wtedy była po prostu kolejnym przedmiotem, który węgierski handlarz – Peter – zdołał umieścić w moim życiu.
Ale nie szkodzi, bo sama bryła zasługuje na uwagę.
EDLAND pojawiła się w IKEA około 2009/2010 roku i z dzisiejszej perspektywy wygląda trochę tak, jakby wyprzedziła swoją epokę. Długie, wygięte nogi, klasyczne proporcje, dekoracyjność – wszystko to, od czego przez lata uciekaliśmy w stronę prostych pudełek na czterech patykach, właśnie wraca razem z angielskim maksymalizmem i zmęczeniem wnętrzami, w których nic nie wolno postawić krzywo.
Moja była grafitowa od stóp do głów. Nawet blat, pod którym – jak się później okazało – czekało całkiem piękne drewno.
Mogłam ją oczyścić, wydobyć to, co w niej dobre, i zrobić coś rozsądnego. Ale ja pomalowałam ją na fioletowo i zrobiłam jej mandalę. Do dziś nie potrafię wyjaśnić, dlaczego. Być może budapeszteński skwar działał jeszcze z opóźnieniem.
Efektu nie znosiłam właściwie od chwili, kiedy skończyłam malować. Szafka powędrowała więc w kąt i została tam jako dość kosztowne przypomnienie, że nie każdy pomysł zasługuje na realizację.
Teraz nadszedł moment, by podejść do niej ponownie.
Tym razem bez gotowego projektu. Była za to garść skojarzeń: Mackenzie-Childs, angielski maksymalizm, trochę starego domu, w którym nikt nie dostaje ataku paniki na widok pasków stojących obok kratki.
Zaczęłam od złamanej bieli. Z blatu zdjęłam grafit i odzyskałam drewno. Na froncie pojawiła się pszczoła, trochę złota, potem ręcznie malowana czarno-biała kratka. Kratka powędrowała również na krawędzie tych nieprzyzwoicie długich nóg.
Było dobrze. Tylko wciąż trochę za bezpiecznie. Decyzja o czerwieni pojawiła się nieproszona – ale z miejsca uznałam, że tego właśnie brakowało.
Najpierw dostała maleńki kawałek pod korpusem. Potem schowała się po wewnętrznych stronach nóg, tak że raz ją widać, a raz nie. W środku wymyśliłam czerwono-białe pasy.
Pomysł miał tylko jedną wadę. Pasy trzeba najpierw namalować. A wcześniej zmierzyć, pociąć taśmę, wykleić nią wszystkie ścianki, pilnować odstępów...
Nie chciało mi się.
I czasem lenistwo jest niedocenianym narzędziem projektowym. Tył dostał więc pasy. Na tyle starczyło mi cierpliwości. Na bocznych ściankach zamiast pasów namalowałam wiśnie. 🍒
Miało być łatwiej, a wyszło ciekawiej.
Bo wiśnie, ku mojemu zaskoczeniu, zaczęły się znakomicie dogadywać z czerwono-białymi pasami. Potem z czarno-białą kratką. A na końcu okazało się, że zupełnie nie przeszkadza im również pszczoła.
Kratka, pasy, wiśnie i pszczoła.
Wymienione jednym tchem brzmią jak przepis na katastrofę. Tymczasem razem zaczęły tworzyć całość.
I może właśnie tu najbardziej widać moje zapatrzenie w Mackenzie-Childs i angielski maksymalizm. Tam wzór nie jest ostrzeżeniem, że należy już przestać. Czasem jest wręcz zachętą, żeby sprawdzić, co się stanie, jeśli obok postawimy jeszcze jeden.
Nie chodzi o to, żeby wszystko do siebie pasowało. Znacznie ciekawiej jest, kiedy rzeczy mają ze sobą coś wspólnego, ale każda mówi trochę własnym językiem.
Wiśnie, które pojawiły się z czystego lenistwa, nagle stały się pełnoprawną częścią projektu. Skoro tak dobrze poczuły się w środku, dwie wyszły na zewnątrz i zawisły przy czarnej gałce.
Wisienka na szafce. Dosłownie.
I chyba właśnie ten detal bawi mnie najbardziej. Pszczoła w złotym otoczeniu traktuje się jednak trochę serio. Kratka również ma o sobie dość wysokie mniemanie. A obok dyndają dwie czerwone wiśnie i puszczają do całego tego eleganckiego towarzystwa kpiące oczko, jakby chciały wyszeptać:
— Nie spinajcie się tak, koleżanki.
Co więcej, robią coś całkiem pożytecznego. Zamknięta szafka tylko pokazuje dwie wiśnie. Otwierasz drzwiczki – i dopiero wtedy dowiadujesz się, że to nie przypadkowy brelok, tylko mała zapowiedź tego, co dzieje się w środku.
I tak powstał mój IKEA hack EDLAND.
Nie wymyśliłam go przy biurku ani nie rozrysowałam od początku do końca. Ta szafka raczej sama domagała się kolejnych decyzji. Kilka było przemyślanych, kilka przyszło przypadkiem, wiśnie zawdzięczamy lenistwu, a fioletową mandalę najchętniej zrzuciłabym na udar cieplny.
Gotowa EDLAND, choć przyjechała ze mną z Węgier, kojarzy mi się zdecydowanie z Anglią.
Z końcem lata i tym niskim, złotym światłem, które pod wieczór wpada głęboko do domu. Z zapachem drewna, wosku i mocnej herbaty. Z grubą kromką chleba, masłem i kwaśną wiśniową konfiturą. Z porcelaną zebraną z kilku kompletów, książką zostawioną na fotelu i ogrodem, który dawno wygrał z właścicielem spór o to, gdzie właściwie kończy się rabata.
Trochę Mackenzie-Childs, trochę angielskiego country house, może gdzieś w tle odrobina Alicji po drugiej stronie lustra.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od Petera, dziesięciu tysięcy forintów i argumentu:
— Special price for you! Lengyel, magyar – két jó barát!
Cóż. Przyjaźń polsko-węgierska wymaga czasem poświęceń.