EZB Craft - blogosfera

EZB Craft - blogosfera odnawianie renowacja stylizacja tworzenie mebli

08/09/2026

Granat, orzech i kwiaty jabłoni.
Mała szafka po renowacji, z reliefami na frontach, orzechowym blatem i kwiatowym wnętrzem szuflady.

Lubię takie projekty, w których najciekawsze rzeczy wychodzą dopiero z bliska — struktura, przetarcia, ornamenty i detal ukryty w środku.

Jak Wam się podoba w tej wersji?

Jakoś nam ostatnio te meble wychodzą spod ręki kilka razy w tygodniu. Spokojnie - luz - to nie my przyspieszyłyśmy. Po p...
18/08/2026

Jakoś nam ostatnio te meble wychodzą spod ręki kilka razy w tygodniu. Spokojnie - luz - to nie my przyspieszyłyśmy. Po prostu publikujemy zaległości po urlopie. No i może odrobinę przyłożyłyśmy się do zamykania projektów nieskończonych.
Ale tylko ciut, ciut ;)
Tym razem dla odmiany krzesło - ale nie byle jakie.
Mariaż Kędziorka z van Goghiem.
Pewnie część z Was orzeknie, że Kędziorek się w grobie przewraca. A ja sobie myślę - że nie, że byłby dumny z tego, iż jego ponadczasowe krzesło wciąż inspiruje pokolenia. Dostaje różne tkaniny, aranżacje, zachwyca formą i wciąż świetnie wygląda we współczesnych wnętrzach.
I tym optymistycznym akcentem zakończę i zostawiam Was sam na sam z oboma panami ;)

Nowy tydzień - nowy mebel. W końcu! W końcu dojechały uchwyty, na które czekałyśmy długo. Za długo. Od razu montaż i mam...
17/08/2026

Nowy tydzień - nowy mebel.

W końcu!
W końcu dojechały uchwyty, na które czekałyśmy długo. Za długo. Od razu montaż i mamy to: niewielka komódka kartotekowa - w zieleniach, muśniętych patyną.
Największym wyzwaniem było zafornirowanie blatu - ale wyszło perfekcyjnie (dzięki Ci, mężu i ojcze – chapeau bas). Do tego jesionowe nogi na ramie i gotowe.
Same szuflady mienią się odcieniami zieleni, ochry i fioletowych brązów. Uchwyty malusie - żeby przy 15 szufladach nie była to historia o muszelkach.

To nie jest mebel do przechowywania. To jest mebel do odkrywania.
Otwierasz pierwszą szufladę, potem drugą — i masz ochotę sprawdzić, co ktoś schował w następnej.
W jednej kamienie przywiezione z miejsc, których nikt już nie pamięta. W drugiej zasuszone rośliny, przewiązane cienkim sznurkiem. Dalej stare fotografie bez opisów, monety, pióra, muszle, kawałek błękitnego szkła wygładzonego przez morze. W jeszcze innej listy, których zdecydowanie nie powinno się czytać. Albo prozaicznie - ładowarkę do telefonu.
A po wysunięciu szuflady – ciemne wino grubego filcu. Niewidoczne, dopóki jej nie otworzysz. I chyba właśnie ten detal lubię najbardziej: pod całą tą oliwkową, ziemistą historią kryje się małe zaskoczenie.

A jak wyglądała wcześniej? Zobaczcie na szybkim klipie. Powiedzmy, że potencjał miała dobrze ukryty. 😉

Dziś idziemy w zielenie. 💚Nasze oba maleństwa pięknie zapozowały.Oczywiście — Dima najpiękniejszy. 🐶Szafka szuka dobrego...
14/08/2026

Dziś idziemy w zielenie. 💚

Nasze oba maleństwa pięknie zapozowały.
Oczywiście — Dima najpiękniejszy. 🐶

Szafka szuka dobrego domu. 🏡

13/08/2026

Trochę mnie jakby poniosło… 🍒🐝

Miała być szafka nocna. Potem pojawiła się pszczoła. Potem kratka. Potem wiśnie. A kiedy uznałam, że czerwono-białe pasy wewnątrz to świetny pomysł, było już zdecydowanie za późno na rozsądek.

Baza to stara IKEA EDLAND z litego drewna — znaleziona jeszcze w Budapeszcie i kompletnie przeze mnie przerobiona. Zostawiłam jej piękną bryłę, a całą resztę potraktowałam dość… swobodnie.

I chyba właśnie tak miało być.

Szafka jest dostępna.

Skoro już jesteśmy przy angielskim maksymalizmie — przedstawiam puf. Po prostu puf.Najpierw były nogi od starej szafki. ...
10/08/2026

Skoro już jesteśmy przy angielskim maksymalizmie — przedstawiam puf. Po prostu puf.

Najpierw były nogi od starej szafki. Niebieskie, nie wiedzieć dlaczego. Znalazłam je w Gödöllő, przykręcone do jednej z trzech starych szafek kartotekowych, które postanowiłam przewieźć do Krakowa. Wszystkie naraz. Własnym samochodem. Każda po dziewięć dużych szuflad. Czterysta kilometrów z trzema kartotekami upchniętymi po dach to wystarczająco dużo czasu, żeby zastanowić się, dlaczego właściwie kompulsywnie ściągam do domu stare graty. I nie wiem do dziś, jaka była puenta.

Gödöllő pamiętam zresztą nie z powodu kartotek. Pamiętam, bo mieszka tam Jani z żoną i dwoma synami. Jani jest jednym z tych ludzi, których pamięta się długo: pogodny, życzliwy, z ogromnym, naturalnym szacunkiem do innych ludzi. Jani ma zazwyczaj wszystkie emocje wypisane na twarzy i czyta się go jak książkę. Będę go pamiętać nawet za pięćdziesiąt lat. O ile doczekam. Flying Sheep zapewne też, choć to zupełnie odrębna historia.

Nogi nie wzbudziły we mnie żadnych uczuć ani sentymentów.

Szafka, do której były przykręcone, dawno poszła w świat do ludzi, a one zostały. Niechciane, przesuwane z kąta w kąt, zawadzające przy sprzątaniu. Nie mam z nimi związanej żadnej historii poza tą, że przez kilka lat zagracały mi dom.

Ostatnio, przy okazji omiatania pajęczyn, wpadłam na genialną myśl. Zrobię puf. Od nóg. Osobny byt.

Ze starej, grubej sklejki dorobiliśmy siedzisko. Boki też ze sklejki, bo potrzebowałam miejsca na ozdobne pasy. Zuzka pomalowała nogi na czarno i właściwie wtedy przestałam żałować, że ich nie wyrzuciłam.

Od początku chciałyśmy, żeby ten puf był niezwykły. Nie elegancki, nie uniwersalny, nie „pasujący do każdego wnętrza”. Niezwykły.

Pierwszy przyszedł mi do głowy William Morris i jego Złodziej truskawek. Oczyma wyobraźni widziałam już tę tkaninę na siedzisku. Niestety Złodziej truskawek okazał się kosztować tyle, że rozsądek — który u mnie czasem jest w całkowitym zaniku — tym razem odezwał się zdecydowanie: no chyba cię posr...ło!

Cóż było robić? Złodzieja nie ma, ale ornitologia została: złote ptaki na czarnym tle.

Reszta przyszła metodą prób i błędów. Najpierw był czerwony sznurek, od którego krwawiły mi oczy, więc wytargałam wszystko i wymieniłam go na bordowy. I wreszcie — wreszcie zaczęło grać.

Powidło śliwkowe — pomyślałam. I zobaczyłam, że zamiast Williama Morrisa robi mi się taki słodki mazurek.

Mama piekła mazurki trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Przekładała spody powidłami śliwkowymi i masą, a potem wynosiła je do zimnej spiżarni. Stały tam, czekały na święta i nabierały smaku.

I teraz, po czterdziestu paru latach, warstwa tych powideł wylazła mi na pufie.

Potem przyszły pasy. Trochę Mackenzie-Childs, trochę moje własne zamiłowanie do przekory i prowokacji. Courtly Check na welurze nie znalazłam, a byłby świetną alternatywą dla pasów. A może nie szukałam wystarczająco dobrze. Zostały więc pasy.

Niżej dałam już tylko czerń. Odpoczynek dla oczu i związanie góry z dołem.

Na granicy pasów i czerni pojawiły się gwoździe tapicerskie w patynowanym złocie. Chciałam trochę wzmocnić biżuteryjny charakter całości, chociaż przy złotych ptakach, bordo i czarno-białych pasach słowo „trochę” jest zapewne nadużyciem.

I to chyba tyle.
Miały być jeszcze frędzle.
Nawet je kupiłam. Przyłożyłam. Popatrzyłam. Zdjęłam.
Uznałam, że istnieje jednak granica między angielskim maksymalizmem a cygańskim barokiem.

I kiedy teraz patrzę na tego pufa, wydaje mi się, że tworzy całkiem niezły duet z moją Pszczołą. Złoto, czerń, biel, bordo, wzory i podobne przekonanie, że nie zawsze mniej znaczy więcej.

P.S. Zdjęcia jeszcze dopracujemy - ale wizualizacje nam wyszły całkiem całkiem.

Mam teorię, że za tę szafkę odpowiada budapeszteński lipiec.Istnieje oczywiście wersja mniej pochlebna, według której od...
09/08/2026


Mam teorię, że za tę szafkę odpowiada budapeszteński lipiec.
Istnieje oczywiście wersja mniej pochlebna, według której odpowiada za nią mój brak asertywności, ale wolę mówić, że to upał.
Lipiec w Budapeszcie jest okrutny. Miasto rozgrzewa się rano i potem już właściwie nie stygnie. Kamienice oddają nocą to, co zebrały za dnia, asfalt paruje, powietrze stoi, a polski organizm, ewolucyjnie przygotowany raczej na listopadową mżawkę, zaczyna podejmować decyzje, których przy dwudziestu dwóch stopniach nigdy by nie podjął.

Ja na przykład pojechałam do handlarza starzyzną po komplet szafek nocnych.
Wróciłam z
- kompletem szafek nocnych.
- sześcioma pufami.
- komodą biedermeierowską.
- fotelem.
- czterema obrazami – trzema słomkowymi i botaniczną ryciną z irysami.
- kakadu wyrzeźbioną z balsy.
- czterema wazonami.
- trzema talerzami.
- i szafką, której nie potrzebowałam.

Możliwe więc, że zrzucanie wszystkiego na klimat jest pewnym nadużyciem. Handlarz miał jednak tę szczególną umiejętność, która odróżnia dobrego sprzedawcę od zwykłego człowieka posiadającego dużo starych przedmiotów: nie pytał, czy czegoś potrzebuję.Po prostu pokazywał mi kolejną rzecz, którą najwyraźniej powinnam mieć.

— A tę szafkę? Weźmie pani. Special price for you! Lengyel, magyar – két jó barát!

W grę wchodziła już zatem nie tylko szafka, ale również tysiąc lat przyjaźni polsko-węgierskiej. Trudno brać na siebie odpowiedzialność za jej zerwanie.
Rozsądny człowiek powiedziałby: nie, dziękuję.
Ja zapytałam:

— Ile?

I tak za 10 tysięcy forintów zostałam właścicielką IKEA EDLAND.
Że nazywa się EDLAND i pochodzi z jednej z ciekawszych starych serii IKEA, przekonałam się później. Wtedy była po prostu kolejnym przedmiotem, który węgierski handlarz – Peter – zdołał umieścić w moim życiu.

Ale nie szkodzi, bo sama bryła zasługuje na uwagę.
EDLAND pojawiła się w IKEA około 2009/2010 roku i z dzisiejszej perspektywy wygląda trochę tak, jakby wyprzedziła swoją epokę. Długie, wygięte nogi, klasyczne proporcje, dekoracyjność – wszystko to, od czego przez lata uciekaliśmy w stronę prostych pudełek na czterech patykach, właśnie wraca razem z angielskim maksymalizmem i zmęczeniem wnętrzami, w których nic nie wolno postawić krzywo.

Moja była grafitowa od stóp do głów. Nawet blat, pod którym – jak się później okazało – czekało całkiem piękne drewno.
Mogłam ją oczyścić, wydobyć to, co w niej dobre, i zrobić coś rozsądnego. Ale ja pomalowałam ją na fioletowo i zrobiłam jej mandalę. Do dziś nie potrafię wyjaśnić, dlaczego. Być może budapeszteński skwar działał jeszcze z opóźnieniem.

Efektu nie znosiłam właściwie od chwili, kiedy skończyłam malować. Szafka powędrowała więc w kąt i została tam jako dość kosztowne przypomnienie, że nie każdy pomysł zasługuje na realizację.

Teraz nadszedł moment, by podejść do niej ponownie.
Tym razem bez gotowego projektu. Była za to garść skojarzeń: Mackenzie-Childs, angielski maksymalizm, trochę starego domu, w którym nikt nie dostaje ataku paniki na widok pasków stojących obok kratki.

Zaczęłam od złamanej bieli. Z blatu zdjęłam grafit i odzyskałam drewno. Na froncie pojawiła się pszczoła, trochę złota, potem ręcznie malowana czarno-biała kratka. Kratka powędrowała również na krawędzie tych nieprzyzwoicie długich nóg.

Było dobrze. Tylko wciąż trochę za bezpiecznie. Decyzja o czerwieni pojawiła się nieproszona – ale z miejsca uznałam, że tego właśnie brakowało.

Najpierw dostała maleńki kawałek pod korpusem. Potem schowała się po wewnętrznych stronach nóg, tak że raz ją widać, a raz nie. W środku wymyśliłam czerwono-białe pasy.

Pomysł miał tylko jedną wadę. Pasy trzeba najpierw namalować. A wcześniej zmierzyć, pociąć taśmę, wykleić nią wszystkie ścianki, pilnować odstępów...

Nie chciało mi się.
I czasem lenistwo jest niedocenianym narzędziem projektowym. Tył dostał więc pasy. Na tyle starczyło mi cierpliwości. Na bocznych ściankach zamiast pasów namalowałam wiśnie. 🍒
Miało być łatwiej, a wyszło ciekawiej.

Bo wiśnie, ku mojemu zaskoczeniu, zaczęły się znakomicie dogadywać z czerwono-białymi pasami. Potem z czarno-białą kratką. A na końcu okazało się, że zupełnie nie przeszkadza im również pszczoła.

Kratka, pasy, wiśnie i pszczoła.
Wymienione jednym tchem brzmią jak przepis na katastrofę. Tymczasem razem zaczęły tworzyć całość.

I może właśnie tu najbardziej widać moje zapatrzenie w Mackenzie-Childs i angielski maksymalizm. Tam wzór nie jest ostrzeżeniem, że należy już przestać. Czasem jest wręcz zachętą, żeby sprawdzić, co się stanie, jeśli obok postawimy jeszcze jeden.

Nie chodzi o to, żeby wszystko do siebie pasowało. Znacznie ciekawiej jest, kiedy rzeczy mają ze sobą coś wspólnego, ale każda mówi trochę własnym językiem.

Wiśnie, które pojawiły się z czystego lenistwa, nagle stały się pełnoprawną częścią projektu. Skoro tak dobrze poczuły się w środku, dwie wyszły na zewnątrz i zawisły przy czarnej gałce.
Wisienka na szafce. Dosłownie.

I chyba właśnie ten detal bawi mnie najbardziej. Pszczoła w złotym otoczeniu traktuje się jednak trochę serio. Kratka również ma o sobie dość wysokie mniemanie. A obok dyndają dwie czerwone wiśnie i puszczają do całego tego eleganckiego towarzystwa kpiące oczko, jakby chciały wyszeptać:
— Nie spinajcie się tak, koleżanki.

Co więcej, robią coś całkiem pożytecznego. Zamknięta szafka tylko pokazuje dwie wiśnie. Otwierasz drzwiczki – i dopiero wtedy dowiadujesz się, że to nie przypadkowy brelok, tylko mała zapowiedź tego, co dzieje się w środku.

I tak powstał mój IKEA hack EDLAND.
Nie wymyśliłam go przy biurku ani nie rozrysowałam od początku do końca. Ta szafka raczej sama domagała się kolejnych decyzji. Kilka było przemyślanych, kilka przyszło przypadkiem, wiśnie zawdzięczamy lenistwu, a fioletową mandalę najchętniej zrzuciłabym na udar cieplny.

Gotowa EDLAND, choć przyjechała ze mną z Węgier, kojarzy mi się zdecydowanie z Anglią.

Z końcem lata i tym niskim, złotym światłem, które pod wieczór wpada głęboko do domu. Z zapachem drewna, wosku i mocnej herbaty. Z grubą kromką chleba, masłem i kwaśną wiśniową konfiturą. Z porcelaną zebraną z kilku kompletów, książką zostawioną na fotelu i ogrodem, który dawno wygrał z właścicielem spór o to, gdzie właściwie kończy się rabata.

Trochę Mackenzie-Childs, trochę angielskiego country house, może gdzieś w tle odrobina Alicji po drugiej stronie lustra.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od Petera, dziesięciu tysięcy forintów i argumentu:

— Special price for you! Lengyel, magyar – két jó barát!

Cóż. Przyjaźń polsko-węgierska wymaga czasem poświęceń.

03/08/2026

🍒 Czasem to właśnie detale robią największą różnicę...
Ręczne malowanie bez szablonów. Każda wisienka powstaje pędzlem, bo tylko wtedy całość wygląda naturalnie i ma charakter.
To dopiero jeden z elementów nowej metamorfozy. Jeszcze trochę pracy przede mną, ale już niedługo pokażę efekt końcowy. 🍒✨
Jesteście ciekawi, co to za mebel?

❤️ Wpadnij do EZBCraft po więcej.

02/08/2026

To jeden z najbardziej czasochłonnych etapów tej metamorfozy.
Bez szablonu. Bez taśmy maskującej. Każda linia jest malowana ręcznie.
Można byłoby zrobić to szybciej, ale idealnie równa kratka nie dałaby tego efektu. Delikatne różnice w szerokości linii i widoczne nieregularności sprawiają, że wzór wygląda naturalnie i ma charakter ręcznego malowania – dokładnie taki, jaki chciałam uzyskać w tej stylizacji.
To właśnie z takich drobnych detali powstaje gotowy mebel. 🤍 Całość - wkrótce.

2024 rok. Wojna trwała już od ponad dwóch lat. Razem z ludźmi przekraczającymi granicę przyjeżdżały ich rzeczy. Czasem k...
26/06/2026

2024 rok. Wojna trwała już od ponad dwóch lat. Razem z ludźmi przekraczającymi granicę przyjeżdżały ich rzeczy. Czasem kilka walizek. Czasem całe wyposażenie mieszkań czy biur.

Nie wiem, jaka była historia tych szafek. Lubię myśleć, że przyjechały właśnie wtedy. Trafiłam na nie przypadkiem na OLX. Nietypowy kształt. Sześć szuflad. Ponoć ukraińskie.

– Mój ci on... – westchnęłam, a rozsądna część mojego mózgu właśnie poszła na spacer, bo wiedziałam, że je kupię. Trochę daleko, ale od czego ma się kumpli? – pomyślałam, łapiąc za telefon.

– Co tam?
– Z prośbą dzwonię.
– Dawaj.
– Przywiózłbyś mi po drodze parę szafek?
– Daleko?
– Gdzieś przed Opolem. Trzeba tylko trochę zjechać z trasy.
– Da się zrobić.

Kilka dni później kumpel Piotr dojechał na miejsce. Zobaczył szafki. Pstryknął zapalniczką. Zaciągnął się ze dwa razy. Przeczesał palcami włosy. Coś pomamrotał pod nosem i pogroził pięścią wszechświatowi... A może jednak mnie? Wolę nie dociekać. Kopnął kamień, przeżuł ze dwa przecinki i wypluł:
– Dawaj pan... wpychamy.

Umówiliśmy się pod Biedronką na przeładunek kilka godzin później.

Wysiadł z samochodu, zapalił kolejnego papierosa.
– Ewa...
– No?
– Ty masz szczęście, że cię lubię.
Dmuchnął w niebo.
– Mówiłaś: „parę szafek”. Ale dziesięć? Cudem to wpakowaliśmy.
Rozejrzał się dookoła.
– Gdzie ta ukryta kamera???

I tym sposobem ukraińska dziesiątka trafiła pod mój dach. Ta jest trzecią. Pozostała siódemka czeka. Na pomysł. Na wenę. Albo na dzień, w którym z nimi skończę.

Adres

Radzikowskiego 63
Kraków
31-315

Godziny Otwarcia

10:00 - 18:00

Telefon

+48519054262

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy EZB Craft - blogosfera umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do EZB Craft - blogosfera:

Skróty

Udostępnij