14/08/2026
["KAŻDY CZŁOWIEK JEST WYSPĄ"]
Carl Jung pisał we "Wspomnieniach, snach, myślach":
"Samotność wcale nie rodzi się wtedy, gdy naokoło nie ma żywego ducha. O wiele bardziej dotkliwie daje się we znaki wówczas, gdy nie można przekazać innym ludziom tego, co nam się wydaje bardzo ważne, lub gdy samemu uważa się za bardzo ważne coś, co innym wydaje się czystym niepodobieństwem".
Cytat ten, wykorzystany w roli motta, doskonale wprowadza w lekturę najnowszej powieści Elizabeth Strout, książki, która trafiła niedawno na długą listę nominacji do tegorocznego Bookera. Jurorzy napisali o niej:
"Dzięki wykwintnej prozie i głębokiej wnikliwości Elizabeth Strout uchwyciła sposób, w jaki żałoba odbija się echem przez dziesięciolecia, ukazała pocieszenie płynące z głębokich przyjaźni i wolność, która pojawia się, gdy uwalniamy się od naszych sekretów".
Szanowany i kochany przez młodzież nauczyciel historii z Massachusetts, Artie Dam, traci chęć do życia. Myśli o samobójstwie, szuka sposobu na pożegnanie ze światem tak, by najbliżsi nie domyślili się, że zrobił to umyślnie, że zaplanował własną śmierć. Czuje się zagubiony, osamotniony w małżeństwie, bliska przyjaciółka — po śmierci męża — wyjeżdża do innego stanu. Od wielu lat Dam nie jest także w stanie porozumieć się z synem. Rob spowodował wypadek, w którym zginęła jego dziewczyna, a oględziny miejsca tragedii — i nie tylko jego — wskazały, że chłopak, prowadząc auto, dopuszczał się także innych czynności... Samopoczuciu Artiego nie pomaga także sytuacja społeczno-polityczna w Stanach Zjednoczonych — jest rok 2024, nadchodzą wybory prezydenckie, była głowa państwa ma realne szanse na powrót do Białego Domu.
Wszystko zmienia się, gdy na jaw — nagle, jak to zwykle, w sposób więcej niż niespodziewany — wychodzi tajemnica z przeszłości. Okazuje się, że całe dotychczasowe dorosłe życie Artiego oparte było na kłamstwie, którego padł ofiarą. Dam dowiaduje się, że najbliższa — jak sądził — osoba od lat ukrywała przed nim istotne fakty. I że w oszustwo zaangażowane byli także inni, których zdawał się darzyć szacunkiem.
Najnowsza powieść Strout, która w Polsce ukazała się w przekładzie Kai Gucio, dla miłośników jej twórczości może być jednocześnie zaskoczeniem i miłą odmianą.
Po pierwsze, pisarka przeniosła miejsce akcji ze stanu Maine, do czego zdążyła już czytelników przyzwyczaić, do Massachusetts i zbudowała opowieść w zupełnie nowych realiach. Jak przyznawała w wywiadach, wielokrotnie jeździła z mężem na tamtejsze wybrzeże, by znaleźć szczegóły, które mogłaby umieścić w powieści, zmienić krajobraz własnej twórczości.
Po drugie, ciekawie łączy Strout fikcję z rzeczywistością i pokazuje, jak realny i niszczycielski wpływ na życie każdego z nas może mieć polityka. Czyni to jednak, do czego także zdążyła przyzwyczaić, w sposób subtelny, nie jest nachalna. Ale, przyznaję, robi wrażenie scena, w której Dam uświadamia sobie — to już po ogłoszeniu wyników ostatnich wyborów prezydenckich — że jego kraj "właśnie popełnia samobójstwo". Artie doświadcza zdrady nie tylko w życiu prywatnym, jest przekonany, że fałszywi, skorzy do współpracy ze złem stali się także ci wszyscy, których na co dzień mija na ulicy własnego miasteczka.
Po trzecie, Strout umiejętnie porusza tu kwestię różnic klasowych, które — choć zdaje się, że żyjemy w nowoczesnym świecie, otwartym i gotowym na zmiany — wciąż mają ogromny wpływ na codzienność, na podejmowane, także w strefie miłosnej, decyzje.
Bardzo podoba mi się to, jak amerykańska pisarka wykorzystuje ciszę, by opowiedzieć o sprawach najważniejszych. To nic nowego w jej przypadku, wiem, ale ta cecha jej twórczości wciąż robi na mnie wrażenie. Mało kto potrafi dotykać sedna problemów, nie nadużywając słów, nie ocierając się o patos i banał — Strout jest w tym prawdziwą mistrzynią. I, rzecz jasna, w portretowaniu ludzi, którzy wydają jej się godni zauważenia. Kilka lat temu mówiła mi w wywiadzie: — Przykładam ogromną wagę do każdej postaci, nawet jeśli ma się pojawić tylko w jednym akapicie jednego rozdziału książki. Choćby miała jedynie na chwilę stanąć w drzwiach i wypowiedzieć jedno zdanie, musi zaistnieć jak prawdziwy, rzeczywisty człowiek. Taką postać potrafię kreować tygodniami, na osobnych kartkach piszę historię jej życia, opisuję dzieciństwo, relacje z rodzicami, dom, z którego wyszła. To pozwala mi poznać charakter, wyczuć bicie serca. I choć potem w książce ta osoba wypowie jedno zdanie, wykona jeden gest, nie umiem nakreślić jej inaczej. Tego wymaga ode mnie nie tylko uczciwość, ale także odpowiedzialność za czytelników. Robię tak od pierwszej książki. (...) Całe moje pisarstwo oparte jest na obserwowaniu ludzi, ich gestów, zachowań, spojrzeń, ruchów.
"Wyczuć bicie serca" — być może to w ogóle najlepszy sposób na opowiedzenie, na czym polega dar Elizabeth Strout?
Jeden z bohaterów powieści "To o czym nie mówimy" uważa, że "Każdy człowiek jest wyspą". Czy tak jest faktycznie? Czy, wbrew własnym oczekiwaniom, w rzeczywistości każdy z nas idzie przez życie samotnie, skrywając tajemnice, których lepiej nie ujawniać? Czy izolacja może prowadzić do czegokolwiek dobrego? Na te pytania także w swojej najnowszej powieści próbuje odpowiedzieć Strout. Bo może jednak, mimo wszystko, rację miał John Donne, twierdząc, że „żaden człowiek nie jest samoistną wyspą”?
"To o czym nie mówimy" opublikowała Wielka Litera.
_____
„Dobrze się czyta” w piątki o 7:15 w Trójka - Program 3 Polskiego Radia.