10/03/2021
Kiedy szukaliśmy zaproszeń przed naszym ślubem, okazało się, że w zasadzie nie ma w czym wybierać. Były zaproszenia do ręcznego wypisania z gołąbkami, karetami, obrączkami… i to by było na tyle.
(No ja wiem, że teraz trudno w to uwierzyć, kiedy problemem jest ogrom wyboru, a nie jego brak.)
Zamarzyły nam się zaproszenia z biedronkami, od ksywki mojego małżonka, ale takich nijak nie było. Pozostała manufaktura i tak powstały nasze pierwsze zaproszenia, narysowane przez Marcina i wspólnie wykonane. Jednak wtedy pracowałam w agencji reklamowej i byłam pewna, że moją przyszłością jest bezpieczny etat.
Kiedy próbuję znaleźć tą iskrę, nie znajduję żadnej fascynującej historii. W ramach odprężenia zaczęłam robić zaproszenia dla znajomych i dla ich znajomych. Początkowo kompletny hand made, na który patrzę teraz z rozrzewnieniem.
Wszystko nabrało konkretniejszego kształtu, kiedy poznałam Asię Wawrzynkiewicz i jej szalone projekty. Bez niej nie byłoby dzisiejszej Agasi. To ona Tworzy nasze projekty zaproszeń wyłuskując niuanse z opowieści par.
Potem były pierwsze poznańskie targi ślubne i klientów zaczęło przybywać. Przez kilka lat pieknie toczyła się moja zaproszeniowa kula śniegowa.
Najtrudniejszym dla mnie momentem było rozhulanie się social mediów. Wcześniej moje zamówienia przychodziły same. Polecenia podawane przyjaciółkom były o niebo lepsze niż jakakolwiek reklama.
W erze fejsbuka okazało się, że zdjęcia nie oddają uroku agasiowych zaproszeń, a moje wypociny pisemne są mało skuteczne.
Wiele się w tym względzie nie zmieniło. Uwielbiam dzielenie się naszymi projektami na zasadzie galerii lub portfolio, ale cała reszta to dla mnie czarna magia. Po marcowym lockdownie wymiotło mnie tak bardzo, że na agasiowych profilach nie pojawiały się nawet najnowsze projekty. A mimo, że ślubów było malutko, z wiadomych przyczyn, to jednak mamy nowe projekty do pokazania.
Dziękuję więc Olu za i pretekst do mobilizacji :)
Czas zakasać rękawy i przygotować kolejną sesję z nowymi bohaterami.