21/12/2025
Michał Urbaniak odszedł na wieczny jam. Jeden z ostatnich naszych wielkich weteranów i jazzmanów przez wielkie J.
"Michał to jest osobna historia. No, gra na tym saksofonie znakomicie, choć cudów nie ma. Za to skrzypek to z Niego jest genialny. Jakby nie było Miles Davis Go docenił, a to już wystarczająca recenzja na wszystko. Do tego ma pocięgle do nagrywania płyt. Po prostu Mu wychodzi. "Urbanatora" to mam na jednym z lepiej widocznych miejsc, bo do niego to co jakiś czas się wraca. Ja w każdym razie stawiam tę płytkę wśród najlepszych nagranych przez naszych jazzmanów. Nie ważne, że skład zagraniczny. Michał to wymyślił i był tego duszą i co tu gadać, zrobił to po amerykańsku pełną gębą.
Nasze drogi przecinały się wielokrotnie. Najpierw w Studiu Jazzowym. Tam dał się poznać jako facet, który potrafi, ale czasem mu się nie chce. Ale ja nie mogę narzekać, bo kiedy brakowało w składzie barytonu, to Michał wzdychał ciężko, po czym oferował się: "To już ja ci Ptaku na tym barytonie zagram" i grał jak się patrzy.
Towarzysko też jakoś do siebie mieliśmy zawsze szczęście. Kiedy wyjeżdżał na emigrację spotkaliśmy się u Niego w domu. Zostawił mi wtedy dmuchany fotel na pamiątkę. Potem widywaliśmy się w Holandii, kiedy wyjeżdżałem w trasę. Zawsze mieliśmy sobie do poopowiadania.
Ale najlepiej to zapamiętałem Michasia z awantury na Jamboree. Tak jakoś jest, że obaj cholernie przykładamy wagę do odsłuchu. Żeby zagrać, to trzeba słyszeć siebie oraz zespół i to w idealnej proporcji. O to zawsze miewałem mniejsze lub większe awantury z dźwiękowcami, ale Michał...
Ten mistrz od nagłośnienia to Mu się trafił nadzwyczaj toporny i do tego z uchem przydepniętym przez słonia, albo i dwa. Michaś najpierw tłumaczył po dobroci, pokazywał palcami do góry i dołu, podśpiewywał i robił proszące miny. Potem wzdychał i pełnym desperacji tonem tłumaczył o co chodzi. Wreszcie zaczął wprost żądać. No i na nieszczęście ten "gałczyński" od kręcenia gałkami uznał, że wie lepiej. Tu już Michał uderzył w ton głośniejszy, co dźwiękowiec uznał za napaść i potwarz. Decybele wymiany zdań szybko przekroczyły te, o które Michałowi chodziło w odsłuchu, a na domiar ten odsłuch był coraz gorszy. I wtedy Michaś odłożył powolutku swoje skrzypce, odetchnął i spokojnie rzekł do dźwiękowca: "Wiesz Pan co? Możesz mnie Pan pocałować w..." i tu padła nazwa zgoła nie męska. Odwrócił się i poszedł do garderoby. Na sali zapadła grobowa cisza. Temu gościowi od nagłośnienia to kable i co tam jeszcze wypadły z rąk. Stał jak ta żona Lota nawet oddychać zapomniał. My zaniemówiliśmy, ale ino na chwilke, bo potem wszyscy ryknęliśmy takim śmiechem, że aż głośniki przytłumiło. Michał po jakimś czasie wrócił i nagle cała ekipa zwinęła się jak w ukropie i zrobiła mu odsłuch á la carte. Ma ten Michaś poczucie humoru i sytuacji.
Czy Michał czegoś mnie nauczył? Tak. Kiedy narodził się rap robiliśmy sobie z tego dowcipy. Michał jednak mówił od razu, że to nie jest takie głupie, bo przecież też tam się improwizuje i rytmy bywają bardzo jazzowe. Minęło parę lat i Jarek Śmietana pisząc "Story of Polish Jazz" sięgnął po pomoc raperów Bzyka i Guzika. Zabrzmiało to fantastycznie, ale ja zapamiętałem, że to właśnie Michał mnie uprzedzał by tego rapu nie lekceważyć."
Ostatni raz Ptaszyn zagrał z Michałem kilka miesięcy przed śmiercią właśnie rapujące rytmy w "Story of Polish Jazz"."
Niestety Michał Urbaniak już nigdy nie rozbawi nikogo i nie zaczaruje publiczności swym graniem. Miał 82 lata.