23/05/2025
W starej maminej szafie, między zmechaconym zimowym płaszczem a znoszonym płaszczem przejściowym, który dawno stracił fason, pewna kobieta znalazła sukienkę. Uroczystą. Mamy już nie było, a sukienka została — zawinięta w czystą poszwę, jakby w całun. Jasnoróżowa, z metką, zupełnie nowa. Staromodna — z tymi charakterystycznymi „bufkami” i złotymi guzikami, które kiedyś były szczytem elegancji. Z wycięciem na plecach — odważna, odświętna, jakby wciąż czekała na swoją wielką chwilę.
Dziwne uczucie — nie ma już człowieka, a jego świąteczna sukienka nadal wisi w szafie. Nietknięta, jak wspomnienie po nieodbytym wieczorze. Córka długo zastanawiała się, kiedy mama mogła ją założyć. Bywały okazje — przyjeżdżała rodzina z podwarszawskiej wsi, siadali przy dużym stole, a mama krzątała się z półmiskami — jak gospodyni na rodzinnej uczcie. Ale w co była wtedy ubrana? Nikt nie pamiętał. Pewnie jak zwykle — w coś praktycznego. Bo czy miała czas błyszczeć, kiedy cały wieczór spędzała przy kuchence?
Były też szkolne akademie. Studniówka. Mama uszyła córce suknię na miarę, piękną, z koronką. A sama założyła swój brązowy garsonkowy komplet — skromny i wygodny. Sylwestra obchodzili zawsze w domu, bez przepychu. Mama była obecna… Ale w co ubrana? Nie pozostał żaden obraz w pamięci. I w pracy — biblioteka, cisza, schludność, żadnych bali. Kiedy więc miała założyć tę sukienkę?
A jednak kiedyś była „modna”. Ładna. Mama miała wtedy tyle lat, co teraz córka. Ale ani razu sukienka nie doczekała się swojego święta. Po śmierci taty mama bardzo się zmieniła — ubierała się skromnie, po wdowiemu. A jednak tę jedną suknię trzymała. W świeżej poszwie, pachnącej jak śnieg. Jakby przykrywała coś, co już nigdy nie wróci. Jak wspomnienie. Jak żal.
Córka długo przyglądała się tej sukni. Nawet przyłożyła ją do siebie. Ale wydawała się obca. Jak z innej epoki. Jak eksponat w muzeum kobiecych marzeń. Jak relikwia święta, które się nie wydarzyło.
I wtedy pomyślała: trzeba żyć świątecznie. Nosić najpiękniejsze sukienki tu i teraz, a nie „na potem”. Zakładać szpilki, póki stopy jeszcze niosą. Robić fryzury, póki jest co czesać. Kupić sobie perfumy, jeśli się marzy. Śmiać się głośno, jeśli dusza tego chce. Bo wszystko, czego nie przeżyjemy — zostanie w szafie. Zawieszone między płaszczami. Będzie czekać na dzień, który nigdy nie nadejdzie. A potem zaboli w pamięci naszych dzieci. Jako symbol tego, że nie pozwoliłyśmy sobie być szczęśliwe.
Niech więc będzie więcej świąt. Nie dla innych — dla siebie. Póki jeszcze można. Póki serce chce.