09/09/2026
Tomasz Szerszeń, „Atlantyk-trans”, Wydawnictwo Karakter. Płyńmy, czytajmy.
Jaki kolor ma ocean? To pytanie otwiera tę fascynującą i bogatą w znaczenia opowieść, która wymyka się prostym definicjom. Ocean, jeden z najważniejszych podmiotów współczesnego świata, nie jest tu tłem ani krajobrazem, lecz żywym bohaterem – świadkiem historii, archiwum pamięci i miejscem, w którym splatają się losy ludzi i świata pozaludzkiego.
Podróż transatlantykiem staje się dla autora punktem wyjścia do wsłuchania się w głos oceanu. Wędrując po kolejnych piętrach statku niczym po labiryncie, przygląda się Atlantykowi jako przestrzeni migracji i ucieczki, którą przemierzają uciekinierzy, wygnańcy i ci poszukujący nowego początku. Jednocześnie pokazuje ocean jako kruche, zagrożone środowisko dotknięte skutkami ludzkiej działalności i katastrofy klimatycznej, śledzi losy statków i podróżujących nimi pisarzy i artystek – tych wszystkich, którzy nie podążają utartymi i znanymi szlakami.
To książka o podróży, ale i o pisaniu, gdzie autor z rozmachem i dezynwolturą bada granice – języka, ale i swoje własne jako pisarza i obserwatora – jednocześnie zagłębiając się zarówno w inne teksty, obrazy i historie, jak i w przestrzenie własnej biografii i pamięci. W swoim eseju Tomasz Szerszeń zastanawia się nad stykami ludzkiej i nieludzkiej historii, pokazuje, jak w pewnych okolicznościach turysta może się zmienić w uchodźcę, pyta, czym był i czym jest „smutek podróży” i co to znaczy „być pomiędzy”, w tranzycie.
📖 W atlasie geograficznym z połowy lat osiemdziesiątych, który kiedyś uparcie studiowałem, podobnie jak w tym całkiem współczesnym, im dalej od lądu, tym granat staje się bardziej intensywny – tak jakby ocean czerniał, dziczał, poprzez kolor zyskiwał na intensywności i niedostępności. Intuicyjnie przerzucałem karty atlasu, obracałem globus w tę i we w tę, po to by odnaleźć najciemniejszy punkt tej przestrzeni między lądami: tam, gdzie granat staje się niepokojąco ciemny. Miejsce, skąd zapewne nie ma już drogi ucieczki, napawająca lękiem szczelina, otwór prowadzący w głąb ziemi, poprzez odcienie granatu ku niewidzialnej wściekłej czerwieni tego czegoś, co wypełnia wnętrze globusa i co nieuchronnie kiedyś wypłynie na zewnątrz, topiąc jego zewnętrzną, plastikową powłokę i zamieniając wszystko dookoła w kupkę popiołu lub do niczego niepodobny, zdeformowany przedmiot.
Na mapie z symulacją trasy, w którą wpatruję się zawsze podczas długich godzin międzykontynentalnego lotu – jakby od tego zależało, czy samolot nie spadnie, nie rozpłynie się w przestrzeni w tym nie-miejscu, w którym się znaleźliśmy na własne życzenie; jakby niepatrzenie, zawieszenie wzroku stawiało lot pod znakiem zapytania, zagrażało mu – ocean ma zawsze jednolity kolor: ciemny granat wypełnia przestrzeń między kontynentami, wszystko jest niepokojąco płaskie.
Przeglądam rysunki z dzieciństwa: korsarskie brygi, hiszpańskie galeony, drakkary wikingów, niezidentyfikowane statki pasażerskie i okręty marynarki wojennej wypełniają pożółkłe już zeszyty, szkicowniki, bloki techniczne i rysunkowe w różnych formatach, papiery milimetrowe i kalki o powydzieranych, nieregularnych brzegach poupychane głęboko w szufladach kilku szaf. Ocean, morze mają tu zawsze ten sam kolor: głęboki granat, czasem błękit. (A może to po prostu kwestia ograniczeń kolorystycznych moich ówczesnych farb, flamastrów, kredek…?) Ale przecież, pamiętam to dobrze, to statki w całym swym bogactwie kształtów i form, opowieści, które im przypisywałem, były dla mnie najważniejsze: dopiero na końcu dołożyć trzeba było schematyczny zarys fal, zaznaczony najpierw ołówkiem zawsze mniej więcej w jednej czwartej wysokości kartki – oczywiście patrząc od dołu. Potem kredka lub flamaster (najlepiej flamaster), by szybko zapełnić to tło zdarzeń, nazywane morzem lub oceanem.
Tato, jaki jest kolor morza? Jaki jest kolor oceanu?
Granatowy, kobalt, indygo, pruski błękit, błękitny, szmaragdowy, turkusowy, szafirowy, zielony, ciemnozielony, jasnozielony, zielonkawy, biały, szaroniebieski, brunatny, grafitowy, szary… Podczas wakacji moja córka rok w rok zadawała to pytanie, uporczywie do niego powracała, drążyła i nie dawała za wygraną: bardziej rzucała je gdzieś w nieokreśloną przestrzeń – wysłana światu wątpliwość, list w butelce – ja jednak czułem się zawsze wywołany do odpowiedzi. (fragment książki)