09/08/2026
Wczesna edukacja
Na Roztoczu dorasta nowe pokolenie mieszkańców. Gdzie się nie obejrzę, wszędzie widzę rodziny z małymi pociechami. Jednak o ile pora wychowu jest ta sama, o tyle kierunki edukacji są znacząco różne.
Zacznijmy od najliczebniejszej populacji zamieszkującej te krzywe, zielone tereny, czyli od kaczek. Mam wrażenie, że jest ich tutaj więcej niż ludzi, a na pewno są lepiej słyszalne. Nic dziwnego zresztą, bowiem od małego są uczone zabierania głosu. Kaczy rodzice, gdy tylko mogą wypuścić maleństwa z gniazda, od razu rozpoczynają właściwą (ich zdaniem) indoktrynację. Rolą kaczki w społeczeństwie jest plotkowanie, komentowanie i podglądanie innych stworzeń. Starsze pokolenie dba o to, aby maluchy od najwcześniejszych dni uświadamiały sobie swoje przeznaczenie.
Edukacja zaczyna się od niewinnej, zdawałoby się, gimnastyki. Małe kaczuszki siadają na trawie i kręcą łebkami we wszystkie strony, starając się osiągnąć jak najszybsze tempo i najszerszy zakres ruchu. Dlatego o tej porze roku często można spotkać je na brzegu rzeki czy rowu, gdzie siadają z główką odwróconą w stronę ogona. Ta elastyczność ma im dać w przyszłości szerokie możliwości obserwacyjne. Płynne ruchy głową, brak ograniczeń w szyi, sprawiają, że kaczka może podejrzeć wszystkich i usłyszeć każde słowo, zwłaszcza, to niekierowane do jej uszu (czy kaczka ma uszy?). Po osiągnięciu szyjnej gibkości, kaczuszki wypływają na szerokie wody stawów i rzek, aby tam opanowywać sztukę cichego płynięcia z jednoczesnym rozglądaniem się na wszystkie strony. Mama, patrząc z dumą na postępy swoich dzieci, zachęca je do odważnego oddzielania się od rodziny i penetrowania szuwarów, bo to tam dzieją się najbardziej emocjonujące rzeczy. Małe kaczki rozpierzchają się więc po wodzie i zbierają swoje pierwsze informacje. Chociaż nie rozumieją jeszcze, co się dzieje w szuwarach, opowiadają wszystko rodzicom, uzyskując zasłużoną pochwałę.
Kaczki uczone są również wesołości, ponieważ, jak wiadomo, przyjacielska atmosfera otwiera wiele dziobów, a nic tak jak śmiech, tejże atmosfery nie buduje. Gdy nadejdzie właściwy czas, kaczki dowiedzą się, kiedy i jak wykorzystuje się zebrane informacje. Dla wzmocnienia głosu praktykują poranne śpiewy i siostrzano-braterskie kłótnie, których nikt ze starszyzny nie hamuje, bowiem to mocny głos jest podstawą plotkarsko-komentujących działań. Tak formowane od maleńkości, w krótkim czasie osiągają istotne sprawności społeczne i uczą się, że informacja jest najcenniejszą walutą.
Zgoła inny stosunek do edukacji swoich pociech mają bażanty. U nich również kształceniem zajmują się głównie mamy, które z pokolenia na pokolenie przekazują niezwykle cenną i praktyczną wiedzę, zamykającą się w następujących słowach: wmawiaj sobie, że jesteś wyjątkowym ptakiem, a potem wymuszaj na innych osobnikach, żeby tak cię traktowały. Trudno zaprzeczyć, że ten kierunek daje niezwykłe rezultaty. Owszem, ma jedną wadę: całkowicie mija się z prawdą, ale nie każdy jest filozofem, więc nie każdemu na prawdzie zależy. I z pewnością nie zależy na niej bażantom. Odrzuciwszy więc prawdę jako zbędny balast, bażancie mamy kształtują nowe pokolenie szczęśliwych, pewnych siebie i ograniczonych światopoglądowo ptaków, które, choć za młodu szare, na życie patrzą przez różowe okulary.
Aby upewnić dzieci w ich wyjątkowości, bażancia mama przeprowadza edukacyjne zajęcia w terenie. Prowadzi swoje stadko przez drogę zawsze wtedy, gdy jedzie samochód – zwykle mój, niestety. Sama rusza przodem, wprost pod koła toczącego się auta, a za nią, jak po sznurku, idą rządkiem wszystkie maleństwa. Samochód delikatnie zwalnia, licząc na to, że ptaki dostrzegłszy go przyśpieszą. Nic bardziej mylnego. Po dojściu na drugą stronę, mama wykonuje zwinny zwrot i wraca, wraz z całą gromadką, na pobocze, z którego wyprawa się rozpoczęła. Samochód oczywiście musi się już zatrzymać i, chcąc nie chcąc, kierowca zaczyna się przyglądać temu szaremu pochodowi. Bażantom się nie śpieszy. Zadowolone z uwagi, jaką się im poświęca, nieco zwalniają kroku, zaczynają raczej dreptać, niż iść, rozglądają się po okolicy, a niektóre nawet przysiadają na środku drogi celem wyrównania oddechu. Samochód stoi, a kierowca patrzy. Bażanty są w centrum uwagi. Nieświadome potencjalnego niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą nawet tak niewielki samochód jak mój, nie nabywają cech lękliwych, święcie przekonane, że każdy chce je oglądać i zatrzyma się na czas. I choć przesłanki są mylne, wnioski – jak najbardziej słuszne
Sarny z kolei próbują ukonstytuować w swoich dzieciach miłość do ryzyka i nonszalancji. Ilekroć podczas spaceru spotykam sarny, zawsze zadziwia mnie ich chęć podniesienia sobie poziomu adrenaliny. Oto przykład. Idę spokojnie obok łąki, na której pasą się sarny: mama i dziecko. Mama mnie dostrzega i nagle rusza pędem w moją stronę. Zastygam zdziwiona, bowiem zawsze wydawało mi się, iż sarny raczej uchylają się przed kontaktami z ludźmi. Tymczasem pedagogicznie nastawiona mama wybiega na drogę kilka metrów przede mną i ponaglającym spojrzeniem zerka na dziecko, nakazując mu wykonać podobny (niejednokrotnie samobójczy) bieg. Przelatują mi przed nosem i wbiegają w krzaki rosnące za drogą. Gdybym była samochodem, a nie człowiekiem, mogłabym nie zdążyć wyhamować, ale nogi na szczęście zdążyły. Po chwili wracają tą samą drogą dokładnie w miejsce, w którym przed chwilą znalazły coś smacznego do jedzenia. Po co więc biegły? I po co uczyć dziecko tak ryzykownych zachowań? Nie wiem. Chyba życie saren jest zbyt monotonne i potrzebne im są jakieś mocniejsze emocje. A w ten sposób dostarczają sobie nowych przeżyć i tematów do rozmów. To nieposzanowanie własnego życia jest ściśle związane z przyjaznym nastawieniem do świata. Sarna wie, że nic jej się nie stanie. Bo gdy się stanie, to już jest za późno na refleksję, więc można powiedzieć, że pozostaje ona stale w stanie (nie)bezpiecznej błogiej niewiedzy.
Po łagodnej i naiwnie ufnej postawie sarny, jastrzębiowe wychowanie budzi przerażenie. Jastrząb stara się już od maleńkości wzbudzić w swoich dzieciach wysoko szybujące poczucie lekceważenia wszystkich wkoło i panowania nad okolicą. Sama dzisiaj się przestraszyłam, gdy, rozłożywszy swoje wielkie skrzydła, przeleciał obok werandy, choć przecież wiem, że moje gabaryty niezupełnie odpowiadają możliwościom łowieckim tego ptaka. Jastrząb uczy dzieci, a w zasadzie dziecko, bo mój jastrząb zza płotu co roku ma pojedyncze sztuki, że nie należy się zbliżać do żadnego niższego stworzenia, w celach innych niż konsumpcyjne. Dzieciak słucha pilnie i poluje, buduje respekt i wywołuje strach, po czym wraca do domu wiedząc, że rodzice są z niego zadowoleni. Jednak gdy tylko się wyprowadzi, okazuje się, że poza rodzicami nie ma nikogo na świecie. Lata po niebie w tę i z powrotem, próbując czasem do kogoś zagadnąć, ale nikt już nie chce z nim rozmawiać, więc młody jastrząb ze złości zabija swoich niedoszłych kolegów. Gdy jest już o krok o terapii, poznaje jastrzębicę, a potem żyją długo i szczęśliwie. Rodzice wiedzą, że wszystko się dobrze skończy (oczywiście nie dla myszy polnych i małych zajączków), więc nie martwią się o jastrzębia, a że wychowanie tyrana niesie za sobą pewien ból – to chyba oczywiste dla wszystkich. No, może poza przyszłym tyranem.
Zostały nam jeszcze bociany. Małe już nauczyły się latać, więc teraz rodzice skupiają się na ich psychice. Subtelnie zaczynają wmawiać dzieciom, jak ważna jest turystyka w życiu bociana. Stosują przeróżne triki, żeby wytłumaczyć konieczność podróżowania. Najpierw, grzebiąc w roztoczańskiej ziemi rozpływają się nad smakiem żab w ciepłych krajach, później, przechadzając się po wsi mówią dzieciom, że wykształcony bocian zna co najmniej dwa języki, a najlepiej jest się uczyć od native’ów, następnie zachwalają odmienną codzienność dalekich gniazd. Dodają do tego obowiązkowe zainteresowanie sportem (bo, jak wiadomo, sport idzie zawsze wespół z turystyką). Maluje się przed młodymi bociankami niesamowite zalety lotów długodystansowych oraz wzrostu poziomu endorfin tuż za granicą Polski i już ma się przed sobą turystę – czyli stworzenie, które nie potrafi dłużej usiedzieć na miejscu, chce ciągle gdzieś lecieć, ciągle coś poznawać, choć w zasadzie nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie: po co?
Która metoda wychowawcza jest najlepsza? Trudno rozstrzygnąć. Ale jedno jest pewne: wychowawczy konserwatyzm gatunkowy na Roztoczu ma się dobrze. I dobrze, bo dzięki temu wiem, że za rok, za płotem, wszystko będzie tak samo.
Obraz: Lavinia Fontana – Bianca degli utili maselli et de ses enfants