Ksantypa na Roztoczu

Ksantypa na Roztoczu Rzeczywistość i magia. Blog o życiu na Roztoczu.

Szanowna Pani Zimo,my elfy zwracamy się z uprzejmą prośbą o jak najszybsze zakończenie Pani wizyty w okolicach werandy. ...
21/02/2026

Szanowna Pani Zimo,
my elfy zwracamy się z uprzejmą prośbą o jak najszybsze zakończenie Pani wizyty w okolicach werandy. Do naszego wniosku dołączają się wszyscy mieszkańcy tutejszych stron: sikorki, wróble, sroki, bażanty, myszy i pies (poza łabędziami, które doskonale odnajdują się we wszechogarniającej bieli, twierdząc, że nareszcie cały świat do nich pasuje). Cieszymy się, że zechciała Pani nas odwiedzić w tym roku, doceniamy w pełni wszystkie Pani wdzięki, ale ile można?
Pozachwycałyśmy się nieskończoną bielą łąk, ciągnącą się aż do miejsca, gdzie wschodzi słońce, wzruszałyśmy pięknem bajkowej, różowej mgiełki unoszącej się o poranku nad marznącymi strumykami, podziwiałyśmy potężne czapy śnieżne na choinkach i cieniutkie niteczki szronu na gałęziach, przejęły nas grozą grube sople złowieszczo wiszące nad naszymi głowami i mroźny wiatr ze wschodu. Pośmiałyśmy się z dziwnych śladów na śniegu, pogrzałyśmy przy kominku podczas przesadnie (!) zimnych nocy i już nam wystarczy. Teraz chcemy wrócić do swoich domków.
Krzak jaśminu, za którym mieszkamy, jest niewidoczny pod tą białą skorupą, więc jesteśmy zmuszone korzystać z gościnności psa. Czy Pani była kiedyś w psiej budzie? To nie są standardy, do jakich przywykły elfy. Zresztą nie tylko my. W psiej budzie nocują też inni poszkodowani przez Pani chłodne zachowanie, czyli wróble i kilka myszy. Pies chwilowo zaprzestał polowań i wykazując się niespotykaną dotychczas delikatnością udaje, że nie dostrzega całej tej gromady, co więcej, pozwala nam się do siebie tulić nocą. Pod werandowym daszkiem zamieszkały jakieś obce sikorki i nie wiadomo, czy zechcą się wyprowadzić, gdy przyjdzie wiosna. Pojawiły się też gawrony, których u nas nigdy wcześniej nie było. Ksantypa twierdzi, że ładnie wyglądają na białym śniegu, ale my tłumu nie lubimy.
I może mogłybyśmy znieść poniewierkę i niechcianych gości, gdyby nie fakt, że w środku nocy budzą nas kaczki. O piątej rano, gdy zaspana Ksantypa wychodzi na werandę troszkę pomarznąć, z rowu zrywają się kaczki i zarzucają ją swoimi żalami. Nie wiadomo dlaczego, ale kaczki zimą stają się bardziej kłótliwe. Przeszkadza im wszystko, poza własnym hałasem. Ksantypa oczywiście nie reaguje, bo nie ma w sobie ani szczypty empatii i nie przychodzi jej do głowy, że my, w psiej budzie, chcielibyśmy dłużej pospać. To wszystko staje się już nie do zniesienia, Pani Zimo.
Jeżeli powyższe argumenty do Pani nie przemówiły, prosimy o zwrócenie uwagi na kwestie literackie. Jak zapewne Pani dostrzegła, Ksantypa, dokumentatorka tutejszego życia, zaniechała swych pamiętnikarskich powinności. Gdy ją zapytałyśmy dlaczego nic nie pisze, odparła, że chwilowo nie ma o czym, bo nic się nie dzieje. Wyobraża to sobie Pani? Nic się nie dzieje! Oczywiście jest to wierutna bzdura, dzieje się u nas bardzo dużo, tylko Ksantypa przymarzła do werandy i niczego nie dostrzega. Sama Pani widzi, że to wszystko jest Pani winą. Nie wiemy, jak się Pani z tego wytłumaczy przed Brodatym Redaktorem Naczelnym, który lada dzień zgłosi się do Ksantypy po zimowy tekst do swojego kwartalnika…
Mamy nadzieję, że mnogość argumentów trafi do Pani zmarzniętego serca i zachęci do opuszczenia naszych okolic. Może gdzieś na północy znajdzie Pani przyjazne dla siebie miejsce, ale na pewno nie tutaj.
Uprzejmie prosimy o pozytywne ustosunkowanie się do naszej prośby.
Z wyrazami umiarkowanego szacunku
Zmarznięte Elfy

Obraz: Henryk Szkutnik – Trzy kolory

OrkiestraZamość jest dziwnym miastem. Funkcjonuje według własnych zasad, tajemniczego kodu znanego tylko tutejszym. Mnie...
18/01/2026

Orkiestra
Zamość jest dziwnym miastem. Funkcjonuje według własnych zasad, tajemniczego kodu znanego tylko tutejszym. Mnie przez siedem lat nie udało się go złamać, więc nieustannie odczuwam zdziwienie, gdy stykam się z jego skomplikowaną osobowością. Być może na swobodny i mocno indywidualistyczny charakter miasta wpływa jego położenie, dalekie od kontrolujących spojrzeń władz, a więc dające sporą dozę wolności. Ja, obca, nie rozumiem panujących tu obyczajów i wszystko wydaje mi się na opak. Prawie wszystko.
W Zamościu są dwa miejsca, w których czuję się jak w domu – biblioteka i orkiestra symfoniczna (którą przez długi czas uparcie nazywałam filharmonią). O bibliotece już tutaj pisałam, ale zamojskiej orkiestry (być może) jeszcze nie znacie…
Sala orkiestry, tak jak i cały budynek, przypomina mi dawną, lubelską filharmonię, która, podobnie jak zamojska, niejako przycupnęła na brzegu starówki. Bez wielkich szyldów, neonów i jaskrawych plakatów, skromnie uchyla drewniane drzwi i zaprasza wtajemniczonych.
Sala koncertowa jest dokładnie dopasowana wielkością do liczby zamojskich melomanów. Nie ma ich tutaj zbyt wielu, być może dlatego, że Zamość to miasto teatru. Przytulna sala koncertowa jest na suficie wyłożona płytkami z dziurkami, takimi samymi, jakie pamiętam z sufitów w mojej w szkole muzycznej, na podłodze pod stopami skrzypie drewniana podłoga, a na balkon wchodzi się wąskimi schodkami, przypominającymi nieco te, którymi w Lublinie wchodziło się na salę – dla pewności zawsze trzymając się poręczy.
Dzięki skromnemu metrażowi, słuchacz słyszy orkiestrę, a nie przepuszczony przez głośniki idealny, ale nieco sztuczny, rozkład dźwięków. Bliskość muzyków sprawia, że widzimy ich mimikę, czujemy radość z gry i na dwie godziny koncertu stajemy się jedną rodziną ludzi, którzy tak bardzo kochają muzykę, że są w stanie wyjść z domu wieczorem, przy minus piętnastu stopniach, aby wspólnie ogrzewać się muzycznymi emocjami. Takiej atmosfery bliskości nie znajdziecie w dużych salach filharmonicznych. Tam nikt nie wita Was od progu uśmiechem, bo po pierwsze progów zwykle nie ma, tylko szklane, automatyczne drzwi, a po drugie nikt Was tam nie zapamięta, bo jesteście tłumem. Tutaj, w zamojskiej orkiestrze, każdego witają jak przyjaciela. Wystarczy przyjść kilka razy i już stajesz się „swoja” i oczekiwana.
Co ciekawe, wśród orkiestrowych słuchaczy nie znajdziecie wielu twarzy znanych z regularnej obecności na wydarzeniach kulturalnych w mieście. Myślę, że powodem, dla którego orkiestra ma innych wielbicieli jest trudność w odbiorze muzyki klasycznej. To nie jest sztuka, która tłumaczy odbiorcy jaka była intencja twórcy. Słuchacz poznaje tytuł i sam musi wysłuchać z utworu coś dla siebie. Żadnych ściągawek, żadnej drogi na skróty. W teatrze mamy akcję, w sztukach wizualnych opisy w katalogach precyzujące, co artysta miał na myśli, literatura w dłuższych lub krótszych zdaniach sama tłumaczy się z siebie, a muzyka? Muzyka nie posiłkuje się niczym. Nie stara się dopasować do odbiorcy, wyjaśniać kontekstu, żeby słuchacz łaskawie zrozumiał. Muzyka jest sztuką dumną – albo się ją rozumie albo nie. Ona się do słuchacza nie dostosuje. Nie każdy, albo wręcz niewielu, potrafi wysiedzieć dwie godziny na koncercie muzyki klasycznej i się nie nudzić. Bez rozpraszaczy, fajerwerków, oryginalnych scenografii i migających światełek. Tylko człowiek i dźwięk. Tak, w Zamościu nie ma wielu melomanów, ale jest ich wystarczająco dużo, żeby szczelnie wypełnili salę orkiestry. I na tyle mało, że po przekroczeniu progu sali koncertowej mogę się poczuć jak w domu, wśród swoich.
Moją filharmonię z lat szkolnych już dawno zamieniono na wielki, nowoczesny moloch, w którym nigdy nie poczułam się dobrze, dlatego, choć słyszę czasem plotki o zbudowaniu w Zamościu sali koncertowej „z prawdziwego zdarzenia”, ufam, że rozum w dygnitarzach zwycięży i zostanie tak, jak jest. Adekwatnie.

Obraz: Jan Miense Molenaer - Family Making Music

Rola zadymkiKażde zjawisko pogodowe odgrywa jakąś rolę w życiu (zwykle nieświadomego tego faktu) człowieka. Nie będę ukr...
10/01/2026

Rola zadymki
Każde zjawisko pogodowe odgrywa jakąś rolę w życiu (zwykle nieświadomego tego faktu) człowieka. Nie będę ukrywać, że i ja do niedawna nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie łączyłam opadów deszczu z moim życiem, co najwyżej z odzieniem. Tymczasem tych kilka lat na Roztoczu pokazało mi, że rację mają fizycy – wszystko w świecie jest ze sobą połączone. I nie inaczej jest z zadymką śnieżną.
Zasada działania zadymki jest prosta: jej celem jest odwrócenie naszej uwagi od świata zewnętrznego i zwrócenie jej ku wewnętrznemu. Jest jedną z filozoficznych mądrości przedstawioną jako fakt pogodowy. Niewielu ludzi czyta dzieła filozoficzne, ale każdy ma do czynienia z zadymką śnieżną. I tak to już mądrze natura pomyślała, że dla niechętnie czytających przygotowała taką właśnie formę filozoficznej edukacji.
W czasie zadymki, człowiek nagle zostaje odgrodzony od innych i od świata, którego widoczność ogranicza się do czubka własnego nosa. O ile deszcz sprzyja przytulaniu się do kogoś pod parasolem, delikatnie padający śnieg zachęca do wspólnego zachwytu, zaś słońce zaprasza na grupowe plażowanie, o tyle zadymka człowieka separuje. I nawet jeśli przyglądamy się jej z domu i, jak w moim przypadku, akurat mamy gości w postaci elfów, które przyszły pobawić się z myszą, to gdy rozpoczyna się zadymka wszyscy milkną, opierają nosy o szybę i w ciszy kontemplują widok. A kontemplacja jest, obok zdumienia, pierwszym krokiem na filozoficznej drodze. Patrząc przez okno po raz kolejny dochodzę do wniosku, że w zadymce, podobnie jak w filozofii jest jakaś magia poprzez to, że wydobywa z człowieka najlepsze, czyli myślącego ducha. I chociaż na co dzień, jeśli nie zajmujemy się filozofią, nasze myśli są czysto praktyczne, to dzięki zadymce każdy może na chwilę stać się filozofem.
Filozof jest zazwyczaj w kontrze do świata. I nie oznacza to koniecznie jakiejś negatywności, czy krytycyzmu, ale postawę „niebycia związanym”, dającą swobodę myśli, która, podobnie jak śnieg w zadymce, wzbija się w górę i w dół, krąży wkoło lub leci poziomo, aby ostatecznie osiąść w jakimś, niekiedy nieoczywistym, miejscu. Myśli zadymkowe to zwykle myśli o sobie, o tym kim jesteśmy, jak, i czy słusznie, postępujemy. Gdy nikogo nie ma wokół możemy pozwolić sobie na szczerość ze sobą, na ocenę moralną naszego dotychczasowego życia. Rezultat takich myśli bywa różny, ale zadymka zawsze pomaga i podsuwa wskazówki, które gdzieś ze śniegiem odkładają się i pokazują dalszy kierunek. To dlatego ludzie narzekają na ocieplenie klimatu – ponieważ brak zadymek śnieżnych ogołaca masy ludzkie z możliwości myślenia, z wglądów, bez których pozostaje nam tylko czysto zwierzęca radość z pogody, bezrefleksyjne machanie ogonem i podążanie za zapachem, który nie wiadomo skąd przynosi wiatr. Dlatego życzmy sobie wielu zadymek tej zimy, nawet, jeśli później będziemy mieć dużo odśnieżania…

Obraz: Edvard Munch – The Girl by The Window

ŚcieżkiStary rok postanowił odejść z mocnym akcentem i na werandzie oraz w ogrodzie zilustrował powiedzenie: „tabula ras...
01/01/2026

Ścieżki
Stary rok postanowił odejść z mocnym akcentem i na werandzie oraz w ogrodzie zilustrował powiedzenie: „tabula rasa”. Śnieg, przyniesiony przez wyjątkowo o tej porze roku konsekwentny wiatr, skrył wszelkie ścieżki, ślady i znaki, jakie całą jesień wydeptywały zwierzęta, elfy i ja. Tydzień temu zaczęłam ósmy rok mojego życia na Roztoczu. Kiedyś usłyszałam opinię, że człowiek zmienia się co siedem lat i chyba to miał na myśli stary rok – dał mi szansę, żebym mogła zdecydować jak ma wyglądać kolejna siódemka.
Gdy dziś rano, już w nowym roku, stanęłam na progu domu nie byłam pewna, w którą stronę pójść. Bez żadnej sugestii każdy kierunek wydawał się dobry. Ale nie ruszyłam się z miejsca. Pies też nie. Zupełnie wbrew swojemu charakterowi siedział bez ruchu i tylko czujnie rozglądał się na boki. O tej godzinie powinien już odbywać poranny spacer kontrolny wzdłuż ogrodzenia, ale zamiast tego razem ze mną zadumał się nad noworocznymi możliwościami. Przez chwilę patrzyłam na furtkę. Mogłabym zabrać trochę rzeczy, wsiąść do samochodu i od jutra mieszkać w „samoogrzewającym się” mieszkanku w bloku, z niewysychającą wodą płynąca z kranu, bez pajęczyn na ścianach, z wyczyszczonymi przez kogoś innego ścieżkami na parking i do sklepu, z wiecznym światłem świecącym za oknami i prądem niezależnym od zjawisk atmosferycznych, z wiatrem, który by mnie nie straszył po nocach i maleńkim balkonikiem – atrapą werandy. Pies, słysząc moje myśli, zdegustowany pokręcił głową i wskazał na drewutnię: „lepiej przynieś drewno i rozpal w kominku, bo przez te twoje fantazje w końcu zamarzniemy. To jedyna pewna ścieżka na dziś” – dodał.
I wtedy z choinek wychyliła się zielonkawa główka: „Nie jedyna, nie jedyna, powinnaś natychmiast wydeptać ścieżkę do naszego choinkowego domku, żebyś mogła przynosić nam smakołyki” – powiedział bażant. „I jeszcze w stronę krzaku jaśminu” – pisnęły elfy, których tak dawno nie widziałam. „I odśnież werandę, żebyś mogła przysiąść z kawą obok mojego gniazda pod daszkiem” – powiedziała sikorka. Od strony rowu przyczłapały dwie wielkie kaczki: „Do nas już masz gotową ścieżkę, ostatecznie możesz przychodzić. Byle nie za często”. I wtedy zaczęła się prawdziwa awantura, do której dołączyły gołębie i krążące nad ogrodem łabędzie. Każde z nich uważało, że do jego domku ścieżka powinna być zrobiona w pierwszej kolejności. Przekrzykiwały się, a skrzydła wykorzystywały jako dodatkowy element perswazyjny. Pies przyglądał się temu z rozbawieniem i, jeśli się nie mylę, mrugał porozumiewawczo w stronę pękniętej deski w ścianie, w której zapewne ukryła się mysz. „Wrócili! Wszyscy wrócili!” – zamachał ogonem.
Chwilę później zadeptane było całe podwórko, wszędzie leżały pióra, ale… nie było żadnego śladu przy furtce. „Właściwych ścieżek w Nowym Roku!” – zawołał nie wiadomo do kogo pies i zaczął gonić bażanty.

Obraz: Andrea Kowch - Solitude

Życzenia z Werandy (z komentarzem)My elfy, jako przedstawiciele przywerandowego świata i jedyne piśmienne tu istoty, chc...
24/12/2025

Życzenia z Werandy (z komentarzem)
My elfy, jako przedstawiciele przywerandowego świata i jedyne piśmienne tu istoty, chciałybyśmy Wam przekazać świąteczne życzenia od nas wszystkich, czyli od każdego z osobna.
Jako pierwsze składają się kaczki, ponieważ są najgłośniejsze i nikt i tak nie przebije się przez ich paplaninę. Kaczki życzą Wam radości życia, żebyście umieli brać z nich przykład i dużo się śmiali. Naszym zdaniem takie ciągłe śmiechy są wyrazem niskiego poziomu intelektualnego, ale nie chcąc wzbudzać kłótni, zachowamy tę myśl dla siebie. Chcecie, to się śmiejcie – Wasza sprawa.
Kolejne życzenia składają bażanty: obyście w te Święta mieli przy sobie wszystkich Waszych bliskich. Naszym zdaniem bażanty po prostu nie są zdolne do samotności, dlatego zawsze chodzą w grupach. A przecież wiadomo, że tłum ogłupia i myśleć można tylko w odosobnieniu. Wniosek z tego taki, że bażanty są bezmyślne i, co gorsza, życzą Wam tego samego. No cóż, Wasza sprawa. Chcecie być bezmyślni – trzymajcie się innych.
Sikorka życzy wstrzemięźliwości dając za przykład siebie. Je jak ptaszek, jest leciutka i dzięki temu potrafi wysoko latać. Naszym zdaniem takie życzenia to kompletne niezrozumienie idei Świąt. Przecież wtedy najważniejsze jest dobre jedzonko. Jak można zachęcać ludzi do samoograniczania się w tym wyjątkowym czasie? No, ale jeśli chcecie się bez sensu umartwiać przed zastawionym stołem – Wasza sprawa. My szykujemy już brzuszki na sernik z lukrem.
Mysz ścienna, która, wbrew temu, co pisała Wam Ksantypa, ma się dobrze, tylko zmieniła ścianę, życzy Wam dobrych lektur. Sama bardzo lubi czytać, choć niestety, mysie czytanie jest związane z pochłanianiem książek, a podobno organizm człowieka nie jest przystosowany do takiej konsumpcji. Odkąd medycyna mocno się rozwinęła i zwiększył się poziom wiedzy, ludzie, myśląc o swoim zdrowiu, (słusznie) przestali tak dużo czytać. Naszym zdaniem czytanie nic dobrego w życie człowieka nie wnosi, spójrzcie tylko na Ksantypę. Trzeba znać umiar. Wasza sprawa. Chcecie sobie szkodzić – to czytajcie.
I na koniec wreszcie jakieś rozsądne życzenia od nas, elfów: Wesołych Świąt!!!

Obraz(ek): Garrett Price – American

Metafizyka drzewnaW werandowej samotni mam dużo czasu na obserwowanie tego, czego nie zauważałam zajęta sprawami bażantó...
21/12/2025

Metafizyka drzewna
W werandowej samotni mam dużo czasu na obserwowanie tego, czego nie zauważałam zajęta sprawami bażantów, kaczek, sikorki i elfów. Niezmiennie o godzinie piątej wychodzę na werandę, siadam na fotelu i patrzę… w noc. Teraz, gdy o tej porze jest bardzo ciemno, dostrzegam zadziwiająco dużo szczegółów. Na tle granatowego nieba, z rzadka udekorowanego jakąś mocniej świecącą gwiazdą, która zdołała się przebić przez chmury, moje drzewa wyglądają zupełnie inaczej niż zwykle. Czarne, starannie zarysowane, pokazują mi swoje prawdziwe oblicze i liczne tajemnice, które w nich drzemią ukryte przez większość roku pod liśćmi.
To, co w pierwszej kolejności zwróciło moją uwagę, to ich metafizyczna postawa. Większość drzew myśli o wieczności. Ich gałęzie kierują się ku niebu, jak ręce kapłana podczas modlitwy przy ołtarzu. I nawet, jeśli zdarzy im się wypuścić nieregularną, zbyt poziomą gałąź, natychmiast wyrastają z niej kolejne, pionowo skierowane ku niebu, jakby chciały jak najszybciej zatrzeć mylne wrażenie, jakie mógł wywołać niewłaściwy kierunek rośnięcia. Drzewa to natury prostolinijne, realizujące swoje zadania bezrefleksyjnie i z ufnością, że doczekają się za nie nagrody. Obecnie bezlistne, z dumą pokazują jak wiele gniazd ukrywały w lecie na najwyższych gałęziach, pomagając ptasim maluchom bezpiecznie dorastać. Te starsze przyjmują także emigrantów – krzaczki jemioły, które, zwykle ukryte przed moim wzrokiem, teraz zdobią pustawe przestrzenie między gałęziami. Wszystko to sprawia wrażenie przyjaznej, spokojnej, pewnej swojej przyszłości egzystencji.
Tymczasem wierzba, jako jedyna w ogrodzie, ma wątpliwości. Dopiero niedawno dostrzegłam, jak dziwnym jest drzewem. W lecie sprawia wrażenie zastygłego wodospadu, wielkiego, przytłaczającego, a w nocy wręcz przerażającego. Jednak teraz, między nocą a dniem, przez chwilę pokazuje kim jest naprawdę: drzewem wahającym się. Jej gałęzie są poskręcane, jakby jednego dnia chciała rosnąć ku niebu, jak inne drzewa, ale następnego już nie była pewna, czy niebo istnieje i zmieniała kierunek ku znanym obszarom ziemskim. Każda gałąź to wyraz wewnętrznych rozterek, metafizycznej niepewności, wątpliwości objawiającej się poskręcanymi konarami, raz kierującymi się w górę, raz w dół. Myślę, że swój sceptycyzm względem nieba wolałaby zachować dla siebie, dlatego okrywa się cienkimi jak wstążki do włosów gałęziami sięgającymi ziemi, które skrywają wszystko, co duchowe przed wścibskim wzrokiem ludzi, w tym moim. I może szanując prawo wierzby do intymności nie powinnam o niej pisać, ale … z drugiej strony myślę, że warto, aby każdy Ksantypowicz wiedział, że wierzba jest tak oryginalnym drzewem i że dotychczas, niesłusznie ją lekceważąc, nie oddałam tutaj należnej jej chwały. Lubię wątpiących, bo przecież na wątpliwościach właśnie zasadza się cała filozofia, na nieprzyjmowaniu za pewnik tego, co „się mówi” i w co „się wierzy”. Czyżby więc wierzba była drzewem filozofującym?
Nie znalazłam na niej ani jednego gniazda, choć pamiętam, że latem chętnie bawią się przy niej gołębie. Być może wierzba zachowuje bezpieczny dystans i okazuje sympatię, nie spoufalając się zbytnio z mieszkańcami przywerandowego raju. Dokładnie tak, jak każdy filozof powinien się zachowywać w społeczeństwie. Podczas gdy inne drzewa są dumne ze swojej prospołecznej postawy, wierzba jest nieco wycofana. Rośnie w rogu ogrodu, zajmuje bardzo dużo miejsca, ale nie jest aktywnym uczestnikiem naszych letnich zabaw. I nawet, gdy spada śnieg, nie stara się zebrać go jak najwięcej, tak jak inne drzewa dla upiększenia, tylko pozwala mu się zsuwać po poskręcanych gałęziach i gałązkowych wstążkach, przez co nigdy nie jest biała. Nie zależy jej na podziwie, aplauzie i zazdrości innych. Rośnie dla siebie. I wątpi.
Trochę mi wstyd, że nie doceniłam jej należycie wcześniej, że widziałam w niej tylko rodzaj zwalistej, zielonej góry zasłaniającej mi słońce, gdy tymczasem wierzba jest niezwykłym drzewem, najwyraźniej ukrywającym wiele myśli podobnie, jak pozostałe drzewa ukrywają w swoich gałęziach tak wielu różnych mieszkańców.
Kiedy dużo później, już w dziennym świetle, przyglądałam się wierzbie, wydawała mi się zwykłym, zielonkawym, zimowym drzewem. Łysa, ze smętnie zwisającymi linkami poruszanymi mroźnym wiatrem, nie różniła się zbytnio od innych drzew w ogrodzie. Jednak jutro, przed świtem, znowu stanie się nieregularnie piękna i tajemnicza, a wtedy może odważę się zadać pytanie, które, jak sadzę, i ją dręczy: czy większą wartość ma działanie, czy myśl?

Obraz: Natasha Sazonova – Frida Kahlo Family Tree

Widoki (poza)roztoczańskieStarożytni mawiali, że praktyka pustoszy umysł. Odkąd przeprowadziłam się na Roztocze, sukcesy...
13/12/2025

Widoki (poza)roztoczańskie
Starożytni mawiali, że praktyka pustoszy umysł. Odkąd przeprowadziłam się na Roztocze, sukcesywnie ograniczałam to, co było praktycznością w moim poprzednim życiu. Chyba właśnie dlatego w pewnym momencie odkryłam mój przywerandowy świat i wszystkich jego mieszkańców.
Jednak, co było do przewidzenia, zatęskniłam w końcu za poprzednim życiem i zdecydowałam się patrzeć dalej – poza Roztocze. Akurat tak się złożyło, że owa tęsknota przypadła na czas wzmożonej aktywności zawodowej, która łączyła się z licznymi wyjazdami, a ja już bardzo chciałam stąd wyjechać. Bardzo. Skupiona na działaniu, powoli traciłam umiejętność słyszenia kaczek, rozumienia języka ptaków, dostrzegania psikusów elfów, wieczornych dyskusji ze ścienną myszą. Przestały mnie odwiedzać bażanty, łabędzie zmieniły trasy przelotu i nawet słońce przestało już wschodzić. Jednak wtedy tego nie zauważałam. Zbliżał się czas kolejnej podróży służbowej, więc bez żalu spakowałam się i z radością oczekiwałam wyjazdu.
Wylądowałam w gorącym kraju, w którym sweter zamieniłam na koszulkę, roztoczańskie, zasnute mgłą stawy na pieniste morze uderzające z hukiem o przybrzeżne skały, dźwięk ptasich rozmów na harmider biegających ludzi, szum ostatnich listków brzozy na sztywno sterczące igły kaktusów, a pochylone ku ziemi wierzby na strzeliste palmy. Wszystko to było nowe i pełne uroku, ale coś mnie cały czas „uwierało” i nie mogłam zrozumieć co. Codziennie szłam nadmorską promenadą na zajęcia, słońce malowało na twarzy piegi, a słone powietrze zostawiało posmak morza na ustach. Raj. Cóż więc mi w tym raju przeszkadzało?
Pewnego wieczoru, jak zwykle poszłam na brzeg, żeby obserwować morze. Siedziałam na chłodnych już o tej porze skałach i popijałam ciepłą kawę zachwycając się widokiem i dźwiękiem. Nagle nadleciał wiatr. Inny niż na Roztoczu, bo sucho-słony i jakiś taki obojętny, ale dzięki niemu zrozumiałam, co mnie tak dręczy. Tęsknota. Za jesiennym chłodem i zawsze niespodziewanym deszczem, za zapachem nasiąkniętego mgłą drewna werandy i trzaskaniem ognia w kominku, a także za moim całym przywerandowym światkiem, który tutaj, tak daleko od domu, wydał mi się jeszcze bardziej realny, niż wtedy gdy miałam go na wyciągnięcie ręki.
W dniu wyjazdu czekałam niecierpliwie na lotnisku, cały czas zastanawiając się, co zastanę po powrocie i czy uda mi się znów zobaczyć to, co tak lekko odrzuciłam… Gdy mój samolot lądował, zaczął padać śnieg. Już podczas lotu, w miarę zbliżania się do Roztocza, niebo robiło się bardziej chmurne. Obserwowałam tę zmianę z radością, bowiem moim zdaniem listopad to nie jest miesiąc, w którym słońce powinno zbyt często świecić. To raczej czas przyjemnej, tajemniczej szarości, zimna, które lubi wchodzić pod płaszcz i łaskotać po plecach, wszechobecnej wilgoci, która spada z góry i wychodzi z ziemi, tworząc oszałamiającą mieszankę zapachów, a przede wszystkim, jest to czas pierwszego, poważnego śniegu. Gdy wreszcie mogłam opuścić samolot, z zachwytem poczułam jak płatki śniegu rozpuszczają mi się na twarzy. Mój uśmiech zdumiał innych pasażerów narzekających na zimno, ale ja byłam oczarowana. Lotnisko było oświecone sztucznym światłem i i gdy podniosłam głowę do góry, jak to czynię zawsze, gdy pada śnieg, zobaczyłam ten sam obraz, który pamiętam z dzieciństwa, gdy stojąc na przystanku, obserwowałam pod latarnią lecące z góry śnieżynki. Chyba któraś z nich wpadła mi do oka, bo nagle poczułam pod powiekami łzy. Śnieżne łzy radości. Być może mój zachwyt i tęsknota spowodowały, że Roztocze zdecydowało się wybaczyć mi moje zachowanie i przygotowało dla mnie wyjątkowe powitanie. Gdy tylko wjechałam w roztoczańskie lasy zamarłam. Na wszystkich gałęziach leżał śnieg, było go tak dużo, że drzewa powoli uginały się łącząc gałęzie nad drogą. W świetle reflektorów widziałam, że wciąż pada. Biel drzew otaczały srebrne, wirujące punkciki. Przy drodze spotkałam podziwiających to piękno dawnych znajomych, były tam sarny, zające, lisy, a bliżej wsi – koty. Droga powrotna z lotniska była jedną z najpiękniejszych podróży jakie w życiu odbyłam. Palmy i kaktusy o przedziwnych kształtach, nie mogą się równać z naszymi prostymi świerkami przykrytymi kołderką śniegu. Słońce nigdy nie wywoła takich emocji, jak delikatna śnieżna zadymka w roztoczańskim lesie. I nawet dźwięk uderzających o skały fal, nie może się równać z ciszą padającego w lesie śniegu.
Gdy obudziłam się następnego dnia, wszystko było już w bieli. Mój płot z dziurawym sękiem, drewutnia ukrywająca dzikie myszy, parapet, na którym dostrzegłam ślady ptasich stópek, psia buda i pochrapujący w niej pies, no i oczywiście weranda. Moje miejsce.
Przede mną długi proces naprawienia relacji z mieszkańcami. Od powrotu minęło już trochę czasu i chociaż jestem na werandzie codziennie, nikt tu do mnie nie przychodzi. Elfy zniknęły, kaczki milczą, sikorka mnie unika, drzewa stoją w bezruchu, brzoza ma zamknięte oczy... Tylko pies podbiega, gdy mnie widzi. Pozostaje czekać.

Obraz: Andrea Kowch – Fetch

ŚwietlikiChociaż zwykle kładę się spać dosyć wcześnie, w lecie jest to prawie niemożliwe. Wieczorne werandowanie bardzo ...
27/07/2025

Świetliki
Chociaż zwykle kładę się spać dosyć wcześnie, w lecie jest to prawie niemożliwe. Wieczorne werandowanie bardzo trudno przerwać na czas. Przydługi dzień powoli przechodzi w noc, delikatnie wyciszając ptaki i nagłaśniając świerszcze. To takie oszustwo przyrody: dwa miesiące, podczas których noc nie jest (tradycyjnie) przerwą w trwaniu, ale równie intensywnym, choć różnym, jego rodzajem. I pomimo tego, że co wieczór obiecuję sobie, iż zdążę opuścić werandę przed pierwszym świerszczem i tym razem się wyśpię, dotychczas mi się to nie udało.
Pierwsze cykanie pojawia się gdzieś w żywopłocie, gdy już powoli przymykają mi się oczy. Dźwięk ten, choć pojedynczy, jest na tyle głośny, że wyrywa mnie z sennych przygotowań i zmusza do nasłuchiwania. Za chwilę pojawiają się kolejne. Im ciemniej się robi, tym więcej świerszczy zaczyna grać. Otulam się kocem i, jak zahipnotyzowana, słucham wpatrując się w gęstniejącą czerń. Po kilku minutach dołącza do mnie mysz ścienna i dwa elfy. Zaspany pies wychodzi z budy i cichutko przebiega przez ogród do swego legowiska przed werandą. Sen walczy o naszą uwagę ze świerszczami, ale zawsze przegrywa. Gdy koncert z kameralnego, zmienia się w orkiestrowy, angażując wszystkich mieszkających u mnie muzyków, do żywopłotu podchodzą sąsiedzi. Pomiędzy cykaniem słychać łamanie się suchych gałązek pod kopytkami saren, które też chcą uczestniczyć w naszych nocnych misteriach. Pies udaje, że tym razem nie wywąchał obcych, więc sarny cichutko (na ile pozwalają im warunki) układają się w chaszczach i słuchają z nami świerszczowej muzyki. I wtedy pojawiają się świetliki…
Delikatnie trącamy się z myszą wskazując głową, skąd dzisiaj przyleciały. Mysz zbiega po ścianie do psa, żeby sprawdzić, czy nie usnął i czy też zobaczył pierwsze światełko. Uderzenie ogona o podłogę informuje nas, że pies nie przegapi dzisiejszego cudu. Po chwili mysz wraca na werandę, usadawia się między elfami i pilnuje, żeby nie piszczały z zachwytu, jak to mają w zwyczaju, i nie spłoszyły świetlików. Tymczasem świetliki powoli wylatują ze swoich kryjówek. Jest ich kilka, jednej nocy mniej, innej więcej. Tańczą do świerszczowego cykania wzbijając się wyżej lub niemal ukrywając w trawie. Śledzenie ich lotu wymaga czujności, więc nikt już nie myśli o spaniu, tylko na migi pokazuje pozostałym, z której strony właśnie nadlatują. Obserwując ich wzloty zastanawiam się, jak by można opisać piękno takiego wieczoru? Jednak mijają kolejne noce, a ja wciąć nie znajduję adekwatnych słów, które oddałyby to, co dzieje się w duszy człowieka, myszy, czy nawet egoistycznego elfa, podczas podziwiania nocnego, świetlistego baletu z doskonałym muzycznym tłem.
Nie zasypiam do późnych godzin nocnych, chociaż mysz nie towarzyszy mi do końca. Po dłuższym czasie, zachwycona, z wąsikami drżącymi ze wzruszenia, usypia utulona pięknem i cichutko pochrapuje ściskając w łapkach niedojedzony okruszek herbatnika, który miał być wieczorną przekąską. Z przejęcia zapomina o posiłku i dopiero rano, gdy budzi ją promyk słońca przedzierający się przez wierzbę i łaskoczący w nosek, uświadamia sobie, że znów usnęła i nie zjadła kolacji.
Tymczasem elfy, zazdroszcząc świetlikom ich blasku, zmusiły mnie to przyczepienia kilku cekinów do ich letnich szatek i teraz latają w dzień po ogrodzie, łapiąc odblaski słońca i myśląc, że, błyszcząc odbitym światłem, są równie zachwycające jak świetliki. No, ale takie są elfy. Nie ma sensu im tłumaczyć innego punktu widzenia, bowiem przez samozachwyt żaden zdrowy rozsądek się nie przebije.
Jednak jak wszystko w świecie, tak i świetliki mają swoją wadę. Nie pozwalając mi zasnąć, pośrednio są przyczyną moich nieustannych spóźnień do pracy. Co rano, parząc sobie usta zbyt gorącą kawą pitą w samochodzie zastanawiam się, czy uda mi się zachować posadę do jesieni, kiedy to wrócą spokojne, ciche, zimne i ciemne noce, które bez problemu będzie można w całości przesypiać…

Obraz: Andrea Kowch - Light Keepers

DudekLipiec jest miesiącem, który wprowadza największe zmiany w okolicach werandy. Gdy rozwinęły się już wszystkie liści...
19/07/2025

Dudek
Lipiec jest miesiącem, który wprowadza największe zmiany w okolicach werandy. Gdy rozwinęły się już wszystkie liście, zakwitły wszystkie kwiaty i wykluły się wszystkie pisklęta, nagle robi się tu ciasno. Chociaż drzewa są wysokie, a krzewy rosną daleko od domu, zieleń zlewa się ze sobą i zacieśnia więzi. W każdym innym miesiącu można ławo rozróżnić poszczególne gałęzie drzew okalających moją ziemię, ale w lipcu, na jeden długi miesiąc, drzewa łączą się tegorocznymi przyrostami i powstaje ściana idącą daleko w głąb nieba, całkowicie przesłaniającą widok. Między gałęziami uwija się pracowity bluszcz, który, zasłaniając ostatnie prześwity, tworzy szczelny żywopłot. Wierzba zrobiła w tym roku ukłon w moją stronę i przepuszcza kilka pierwszych promyków wstającego słońca, ale jeśli spóźnię się choć chwilkę, jej wyższe partie już tłumią widok.
Siedzę więc jak księżniczka na werandowej wieży, a mój wzrok nie sięga daleko, bo roztoczańska, bujna zieleń na to nie pozwala. Jakże symboliczne zdaje się to moje „więzienie”. Jak podobne do tego, co na Roztoczu jest stałą praktyką: przekonanie, że tylko ono jest ważne i że na nim świat się kończy i zaczyna. To dlatego tak dobrze działają tu wszystkie „regionalizmy”, dlatego lokalne inicjatywy rozwijają się prężnie i z sukcesem. Dlatego te same miejsca wzbudzają niezmiennie ten sam zachwyt. Roztocze jest dla siebie alfą i omegą, nie potrzebuje nikogo z zewnątrz. Nawet, jeśli to jest tylko jeden dudek…
Wczoraj po raz pierwszy złożył mi wizytę. Przyleciał niespodziewanie i zaczął przechadzać się po sadku. Obserwowałam go z okna, zachwycona jego oryginalną czuprynką, ale nie minęło kilka minut, a już został przegoniony przez hałaśliwe gołębie, które groźnymi uderzeniami wielkich skrzydeł, skutecznie wyprosiły gościa z ogrodu. Więcej już tu nie wrócił. Enklawa pozostanie enklawą pod warunkiem, że nikt nic w niej nie zmieni, a każdy „dudek” niesie ze sobą ryzyka zmian, nowej myśli czy zwyczaju, więc szybciutko należy się go pozbyć, bo, zgodnie z logiką gołębi, może zagrozić tutejszemu spokojowi.
Znamienne zdaje się to, że wedle mądrości internetu, pojawienie się dudka na podwórku gospodarstwa, zwiastuje zmiany, choć już co do tego, czy będą one szczęśliwe dla mieszkańców, czy nie, zgody nie ma. Ja oczywiście zakładam wersję optymistyczną, ale czy brutalne przegonienie dudka przez innych mieszkańców, nie ściągnie na nas nieszczęścia? Tego internet nie wyjaśnia. Pozostaje czekać.
I na tym oczekiwaniu mija mi lipiec. Weranda jest już niemal zaduszona przez gęstniejącą zieleń i choć widok jest wspaniały, to, nie będę oszukiwać, chciałabym, żeby w tym roztoczańskim świecie była jakaś brama do miejsca, w którym można bez narażania się na ostracyzm porozmawiać z dudkiem, a potem bezpiecznie wrócić do swojej zieleni. Ale tu nie ma takiej bramy. Jest Kierkegaardowskie albo-albo.

Obraz: Gustav Klimt - Avenue of Schloss Kammer Park

Adres

Zamosc
22-400

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Ksantypa na Roztoczu umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Ksantypa na Roztoczu:

Udostępnij